zapadka

Z pejzażu gołębiej pościeli, z podręcznym zestawem N. alias PQ, czyli stosem kserówek, książeczką krzyżówek i piórnikiem, i zeszytem, i kubkiem po herbacie z jakąś zimną resztką – jak zwykle – na dnie. Z trzymanego na kolanach komputera, po raz osiemnasty zapisywanego szkicu wpisu. Ze środka olśnienia, zza piątego zdania tekstu, który zaczęłam pisać tak po prostu i który nie jest tym tekstem. Otoczona pogłosami zza ścian, niosą się cudze rozmowy, na szczęście nie krzyki, miarowe kadencje i spokojne intonacje.
Z pejzażu gołębiej pościeli w białe wzory, z zielonego podkoszulka Łodzi Filozoficznej, spomiędzy wież książek, które w żadnym wypadku nie wystarczają i to nie mnie bardziej nie wystarczają.

Opowiadam siebie sobie, a robię to, mówiąc w sobie do Ciebie.

Niepewna, czy ja to jestem to w środku wszystkiego, czy raczej to wszystko na zewnątrz.

a dziś

Pada poziomym deszczem, bezużyteczne parasole gną się i giną w szarudze. Najlepiej jest w łóżku z herbatą i uspokajającym szumem komputera, z kompulsywnym przewijaniem fejsbuka, kiedy przeczytałam już jakąś humanistykę, kiedy mogę nienawidzić siebie tyle, ile można, bez przegięć.

Idealny dzień na ciastki! – powiedziałam, gdy wróciłam o 22.00, ale w domu nie ma ciastków, są tylko jabłka, pomidory i przeterminowana czekolada. Mądrze, skoro mam tyle nadwagi, że skrzypi pode mną podłoga, ale i niemądrze, bo z ciastkami byłabym nieco szczęśliwsza o tej wpół do pierwszej w nocy, po dniu przespanym do 11.30, przeleżanym do obiadu, wyjść musiałam tylko dlatego, że chciałam, a jak wróciłam — to to, co wyżej.

Próżniacze życie ludzi, którymi nigdy nie będę, nadrabiam tę katorżniczą jesień, która zabiła wszystkie twórcze siły, tak sobie tłumaczę,

zapadam się w poduszki i w siebie.

Chwytam Cię co jakiś czas za rękę albo za słówko, żeby nie spadać zbyt szybko.

Wytracasz mnie z lęku.

kółeczko

Na stole suche wafle, kubki po herbacie i czajniczek, który dostałam na osiemnaste urodziny od Łukasza i Karoliny.

Wszystko, co miałam zrobić po kolacji – leży niezrobione, ja leżę przytłoczona tym nierobieniem, na ósmym i siódmym piętrze sąsiedniego bloku znów ciemno we wszystkich oknach.

Weszłam na stronę Bohatera, poszukać obrazka o tym, jak się czuję. Zasadniczo mamy z Bohaterem zbieżne odczucia, szczególnie w kwestii siebie, a jak zobaczę obrazek z moim uczuciem to już nie wydaję się sobie taka śmieszna i żałosna. Myślę sobie wtedy, że skoro inni tak mają, to może… Właściwie nie wiem, co. Jakoś raźniej. Może dwoje – ja i bazgroł – jesteśmy tak samo śmieszni i żałośni z tym uczuciami.

Weszłam, nie znalazłam.

Ale coś przebiło się przez watowane pięciometrowe kokony, jakie wokół siebie tworzę zajmowaniem myśli błahostkami, zaglądaniem w cudze głowy, czytaniem do niczego mi niepotrzebnych rzeczy, szumem i tłem, które muszą być, inaczej myśl o śmierci mnie zabije.

Przez tę watę będąc w środku jestem jednocześnie na zewnątrz i nie mam do siebie dostępu, opieram się na pogłoskach. Wkładanie sobie palców pod skórę i zaglądanie, co tam jest w środku jest najbardziej przerażającą rzeczą, jaką można sobie zrobić, bo tam nie ma nic oprócz mięsa i kości, a (ta) świadomość jest mało lajfstajlowa. A jednocześnie nie można robić nic innego, jeśli ma być po mojemu. Nie wiem, czy z sensem, czy wartościowo, czy na tym właśnie polega tzw. prawdziwe życie. Nie wiem, ale inaczej, czyli z dala od krawędzi nie można. Tylko zadomowienie się tu da mi całą przestrzeń przepaści, ziemię, niebo i urwisko. Może nawet drzewo.

Dystans subatomowy. Blogonotki, których potrzebuję.

Chcesz herbaty?