ciemne okna. grudzień

Jesień minęła jak z bicza strzelił, mogłabym napisać, gdyby nie te pluchy, deszcze, siekący w twarz zimny wiatr i fakt, że nadal da się chodzić w trampkach po mieście.

Tak więc jesień chyba czeka, aż ją przeżyję. Napiszę coś na blogu, przeziębię się, zmienię pościel na flanelową i zacznę sypiać w skarpetkach.

Tymczasem rozwiesiliśmy na półkach z książkami choinkowe lampki, zaprosiliśmy na kolację dawno niewidzianego przyjaciela i teraz, gdy już wyszedł, słuchamy zimowych piosenek.

Nie wiem, jak to jest teraz z porami roku. Tutaj – mamy się całkiem dobrze.

 

Reklamy

f5

Nic prostszego. Usiąść, wypić herbatę, otworzyć panel edycji wordpressa. Napisać.

Któregoś z gorących sierpniowych dni miałam do załatwienia w biurze drobną sprawę. Przyszłam późno, powietrze było już gorące i duszne, z ulicy wpadłoby jeszcze więcej żaru, więc nie otwierałam okien. Włączyłam tylko wiatraki. Od myśli do myśli — wylądowałam w plikach z zapiskami z 2007 roku. Czytałam je chronologicznie i ze zdumieniem obserwowałam, jak dzień po dniu odrywałam się od życia, od trywialnych, za każdym razem innych i fascynujących, bliskich ciału spraw. Jak przestawałam bywać między niebem a ziemią, w krainach czasów dokonanych i spełnionych powinności, jak przeprowadzałam się powoli w przestrzeń trybu przypuszczającego i bezokoliczników. Źdźbła trawy wymykały mi się z rąk bezszelestnie, po trochu; nie miałam żadnych szans, by zauważyć, że kruszą się i znikają, dopóki nie poczułam, że dotykam już tylko własnej skóry.

Umiejętność patrzenia i zapisywania w języku nie odeszła tak od razu. Nadal widziałam, odczuwałam być może mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Patrzenie jednak to za mało, trzeba jeszcze kaleczyć palce o ostre, krzemionkowe brzegi liści i przykładać skaleczony palec do ust, czuć smak krwi. Zapisywanie jest dobrze wyćwiczonym mięśniem — wiotczeje, ale nie tak znów od razu.

Jak to zazwyczaj bywa, trzeba wielu małych kroczków.

Ostatnimi czasy dużo czytałam. Z konieczności i z chęci, którą ta konieczność na nowo rozbudziła. Przeczytałam Zawsze jest dzisiaj Michała Cichego, książkę o byciu między niebem a ziemią, bez celu i powodu. O uparcie bezsensownym i bezinteresownym patrzeniu pod nogi i na chmury, na to, co deszcz robi z miastem i jak zmienia je słońce. Duża część tego bycia dzieje się w miejscach, w których ja od ziemi i nieba się odrywałam, w miejscach, w których byłam, gdy decydowałam się na porzucenie swojego życia i wytrwale pracowałam nad przytępieniem wrażliwości (czy wrażliwość może być ostra jak brzytwa i dlaczego ta brzytwa kaleczy tego, kto ją trzyma?) Mimowolne działania wyprzedzające, dzięki nim nie wpadłam w rozpacz jeszcze większą, gdy tryby przypuszczające nie zmieniły się w czas teraźniejszy ani przeszły.

Tak czy owak, Michał Cichy jest — z całą mocą tego słowa — w tych miejscach, w których ja byłam tylko po trochu (a wydawało mi się, że jestem cała i jeszcze pół, bo o tylu rzeczach myślałam nie biorąc pod uwagę okoliczności), patrzy na liście, na światła i pod nogi. Niczego nie szuka, wiele zauważa. Pisze o materii z absolutną czułością, taką, która pojawia się dopiero, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś w czasie, on mija, a ciebie nie pozostawia nietkniętym, że rzeczy się dzieją bez twojej zasługi i twojej winy. Jego miasto jest moim, możliwym do przeżycia jedynie z poziomu ziemi, chodników, komunikacji miejskiej i przypadków. Jego sprawozdanie jest takie, jakie mogłoby być moje, gdybym pisała i gdybym nie podjęła decyzji o porzuceniu czasu.

Dlatego ta książeczka tak bardzo mnie poruszyła. Chyba nie zdarza mi się czytać książek, bo dostały nagrody. Tu dopomógł przypadek, Zawsze jest dzisiaj wzięłam z półki w bibliotece, kiedy wypożyczałam książki do egzaminów i pomyślałam, że przyda się coś na odświeżenie głowy.

Skąd mogłam wiedzieć, że odbędzie się wielkie ef pięć, a efekt widoczny na ekranie spowoduje, że nie będę mogła spać o 3:20 w nocy z soboty na niedzielę.

Za pisanie wzięłam się, oczywiście, kiedy już przeczytałam wszystko w interesującej mnie części internetu. Nie było żadnego dobrego powodu, żeby robić to wcześniej, niż w ostateczności.

słowo na p.

Jeśli sierpień:

to czekanie na spadające gwiazdy, chwalenie się, że wiem, jak się nazywają. Wychodzenie na balkon, opieranie się plecami o chłodną ścianę, czasem okrywanie się kocem i patrzenie, jak przecinają niebo nad orzechem, nad domami K-ckich i Sz-skich, nad lipą i kapliczką. Domy stoją, drzew już nie ma. Dziś, gdybym tylko tam była, miałabym znacznie lepszy widok.

Niespełnione marzenie, żeby zabrać koc na żwirownię, położyć się wśród traw i nocnych owadów, i mieć nad sobą cały nieboskłon, wszystkie odcienie czerni, granatu i tęczowych barw, w jakich spalają się gwiazdy, zanim spadną wprost w moje wyciągnięte ręce i poparzą.

Jeśli sierpień:

to placki ze śliwkami, zwiastun nadchodzącej jesieni. Delikatne, kwaśne, fioletowe. Pomarańczowa herbata, którą z jakiegoś powodu pamiętam – stałam wtedy na tarasie w nocy i rozmawiałam przez telefon.

I jeszcze zachodzące nad żwirownią słońce, barwiące na złoto trawy i piasek polnych dróg, po których tak trudno jeździło się rowerem.

Jednoznaczny, niemożliwy do pomylenia z niczym zapach lata, kurzu wymieszanego ze słońcem, odpust na górce. Bose stopy, trzy kilometry pieszo.

Jeśli sierpień:

to miękka, gęsta trawa w ogrodach BUW-u, patrzenie w jasne, głębokie niebo i na drzewa, późne powroty do domu. Czytam książkę za książką. Nie wiem, co robić, więc głaszczę Cię za uchem i po karku, i zabieram szybko rękę.