Miesiąc: Lipiec 2016

a dziś

Pada poziomym deszczem, bezużyteczne parasole gną się i giną w szarudze. Najlepiej jest w łóżku z herbatą i uspokajającym szumem komputera, z kompulsywnym przewijaniem fejsbuka, kiedy przeczytałam już jakąś humanistykę, kiedy mogę nienawidzić siebie tyle, ile można, bez przegięć.

Idealny dzień na ciastki! – powiedziałam, gdy wróciłam o 22.00, ale w domu nie ma ciastków, są tylko jabłka, pomidory i przeterminowana czekolada. Mądrze, skoro mam tyle nadwagi, że skrzypi pode mną podłoga, ale i niemądrze, bo z ciastkami byłabym nieco szczęśliwsza o tej wpół do pierwszej w nocy, po dniu przespanym do 11.30, przeleżanym do obiadu, wyjść musiałam tylko dlatego, że chciałam, a jak wróciłam — to to, co wyżej.

Próżniacze życie ludzi, którymi nigdy nie będę, nadrabiam tę katorżniczą jesień, która zabiła wszystkie twórcze siły, tak sobie tłumaczę,

zapadam się w poduszki i w siebie.

Chwytam Cię co jakiś czas za rękę albo za słówko, żeby nie spadać zbyt szybko.

Wytracasz mnie z lęku.