Miesiąc: Wrzesień 2015

f5

Nic prostszego. Usiąść, wypić herbatę, otworzyć panel edycji wordpressa. Napisać.

Któregoś z gorących sierpniowych dni miałam do załatwienia w biurze drobną sprawę. Przyszłam późno, powietrze było już gorące i duszne, z ulicy wpadłoby jeszcze więcej żaru, więc nie otwierałam okien. Włączyłam tylko wiatraki. Od myśli do myśli — wylądowałam w plikach z zapiskami z 2007 roku. Czytałam je chronologicznie i ze zdumieniem obserwowałam, jak dzień po dniu odrywałam się od życia, od trywialnych, za każdym razem innych i fascynujących, bliskich ciału spraw. Jak przestawałam bywać między niebem a ziemią, w krainach czasów dokonanych i spełnionych powinności, jak przeprowadzałam się powoli w przestrzeń trybu przypuszczającego i bezokoliczników. Źdźbła trawy wymykały mi się z rąk bezszelestnie, po trochu; nie miałam żadnych szans, by zauważyć, że kruszą się i znikają, dopóki nie poczułam, że dotykam już tylko własnej skóry.

Umiejętność patrzenia i zapisywania w języku nie odeszła tak od razu. Nadal widziałam, odczuwałam być może mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Patrzenie jednak to za mało, trzeba jeszcze kaleczyć palce o ostre, krzemionkowe brzegi liści i przykładać skaleczony palec do ust, czuć smak krwi. Zapisywanie jest dobrze wyćwiczonym mięśniem — wiotczeje, ale nie tak znów od razu.

Jak to zazwyczaj bywa, trzeba wielu małych kroczków.

Ostatnimi czasy dużo czytałam. Z konieczności i z chęci, którą ta konieczność na nowo rozbudziła. Przeczytałam Zawsze jest dzisiaj Michała Cichego, książkę o byciu między niebem a ziemią, bez celu i powodu. O uparcie bezsensownym i bezinteresownym patrzeniu pod nogi i na chmury, na to, co deszcz robi z miastem i jak zmienia je słońce. Duża część tego bycia dzieje się w miejscach, w których ja od ziemi i nieba się odrywałam, w miejscach, w których byłam, gdy decydowałam się na porzucenie swojego życia i wytrwale pracowałam nad przytępieniem wrażliwości (czy wrażliwość może być ostra jak brzytwa i dlaczego ta brzytwa kaleczy tego, kto ją trzyma?) Mimowolne działania wyprzedzające, dzięki nim nie wpadłam w rozpacz jeszcze większą, gdy tryby przypuszczające nie zmieniły się w czas teraźniejszy ani przeszły.

Tak czy owak, Michał Cichy jest — z całą mocą tego słowa — w tych miejscach, w których ja byłam tylko po trochu (a wydawało mi się, że jestem cała i jeszcze pół, bo o tylu rzeczach myślałam nie biorąc pod uwagę okoliczności), patrzy na liście, na światła i pod nogi. Niczego nie szuka, wiele zauważa. Pisze o materii z absolutną czułością, taką, która pojawia się dopiero, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś w czasie, on mija, a ciebie nie pozostawia nietkniętym, że rzeczy się dzieją bez twojej zasługi i twojej winy. Jego miasto jest moim, możliwym do przeżycia jedynie z poziomu ziemi, chodników, komunikacji miejskiej i przypadków. Jego sprawozdanie jest takie, jakie mogłoby być moje, gdybym pisała i gdybym nie podjęła decyzji o porzuceniu czasu.

Dlatego ta książeczka tak bardzo mnie poruszyła. Chyba nie zdarza mi się czytać książek, bo dostały nagrody. Tu dopomógł przypadek, Zawsze jest dzisiaj wzięłam z półki w bibliotece, kiedy wypożyczałam książki do egzaminów i pomyślałam, że przyda się coś na odświeżenie głowy.

Skąd mogłam wiedzieć, że odbędzie się wielkie ef pięć, a efekt widoczny na ekranie spowoduje, że nie będę mogła spać o 3:20 w nocy z soboty na niedzielę.

Za pisanie wzięłam się, oczywiście, kiedy już przeczytałam wszystko w interesującej mnie części internetu. Nie było żadnego dobrego powodu, żeby robić to wcześniej, niż w ostateczności.

Reklamy