Miesiąc: Sierpień 2015

słowo na p.

Jeśli sierpień:

to czekanie na spadające gwiazdy, chwalenie się, że wiem, jak się nazywają. Wychodzenie na balkon, opieranie się plecami o chłodną ścianę, czasem okrywanie się kocem i patrzenie, jak przecinają niebo nad orzechem, nad domami K-ckich i Sz-skich, nad lipą i kapliczką. Domy stoją, drzew już nie ma. Dziś, gdybym tylko tam była, miałabym znacznie lepszy widok.

Niespełnione marzenie, żeby zabrać koc na żwirownię, położyć się wśród traw i nocnych owadów, i mieć nad sobą cały nieboskłon, wszystkie odcienie czerni, granatu i tęczowych barw, w jakich spalają się gwiazdy, zanim spadną wprost w moje wyciągnięte ręce i poparzą.

Jeśli sierpień:

to placki ze śliwkami, zwiastun nadchodzącej jesieni. Delikatne, kwaśne, fioletowe. Pomarańczowa herbata, którą z jakiegoś powodu pamiętam – stałam wtedy na tarasie w nocy i rozmawiałam przez telefon.

I jeszcze zachodzące nad żwirownią słońce, barwiące na złoto trawy i piasek polnych dróg, po których tak trudno jeździło się rowerem.

Jednoznaczny, niemożliwy do pomylenia z niczym zapach lata, kurzu wymieszanego ze słońcem, odpust na górce. Bose stopy, trzy kilometry pieszo.

Jeśli sierpień:

to miękka, gęsta trawa w ogrodach BUW-u, patrzenie w jasne, głębokie niebo i na drzewa, późne powroty do domu. Czytam książkę za książką. Nie wiem, co robić, więc głaszczę Cię za uchem i po karku, i zabieram szybko rękę.