Miesiąc: Październik 2014

struktury

Zimno dziś, nie? Myślę więcej niż zwykle, odwracam się na druga stronę, do_wewnątrz. Trochę w rytmie wsi – darcie pierza, łuskanie fasoli, kuchnia kaflowa w domu ciotki Jadźki, za przystankiem, zapach palonego drewna i butwiejących w ogródku orzechowych liści.

Wszystko rozbija się o niemożliwe.

Sekwencje: dom, grzane wino, czytanie, pół godziny drzemki, dokończyć czytanie, powiesić pranie, pozmywać, wziąć prysznic, umyć zęby. Wypić szklankę wody, wyłączyć urządzenia, odsłonić rolety, zgasić światło.

Uważać na tramwaje na przejściach bez świateł tuż za zakrętami; nie myśleć, że wie się wszystko z mocy czasu, nie dać się zwieść powtarzalności – nie ma nic bardziej pozornego.

Postulat:

wiedzieć, jak patrzeć. Myśleć, co się widzi.

Umieć obrać serce ze znużenia, irytacji i smutku jak szampiony z sadu na Dąbrowie, dać Ci je gotowe, na ćwiartki pokrojone, słodkie, niemożliwe.

Reklamy

ciemniej

Tamta jesień spędzona w Mieście Gadających Głów, unikanie zobowiązań, pożyczałam książki z wierszami i wracałam nocą na Żoliborz niepewna, drżąc z zimna albo przejęcia. Kroiły mi się piękne sprawy (ale jeszcze o tym nie wiedziałam). Nosiłam książki do pracy (wieczorami nikt nie dzwonił) i trafiałam na dziwne imprezy. Paliłam papierosy pod niskim niebem, zachłystywałam się miastem, bo nie było mnie trzy miesiące, całe wieki, całe lato.

Byłam coraz bliżej, choć wciąż w oddaleniu.

Słońce zachodzi już bardziej nad Bielanami niż Targówkiem, bardziej nad górką niż żwirownią, jest bliżej Retkini niż Teofilowa.

głód i śpiewanie

Od kilku dni chodzę wkurzona, bo nie mam czasu pisać. Oczywiście nie mam czasu pisać od zawsze, ale wkurza mnie to tylko czasem, na szczęście. Inaczej musiałabym częściej nie spać po nocach, żeby najpierw szukać innej blogowej platformy przez pięć do siedmiu godzin, nie znaleźć jej, szukać nowego szablonu na wp, nie znaleźć, znaleźć jakiś stary, zmienić. Muszą być zmiany, skoro nie da się przewracać kartek jak w zeszycie i bazgrać po brzegach.

Pisać zaś trzeba, bo już 26 lat, jak jeden dzień, a wszystko (najszybciej twarze i to, co było w książkach) ucieka z głowy. Krakowskie Przedmieście puste, bo jeszcze szare światło poranka nie zdążyło przepędzić mgły, butwiejącymi liśćmi zasłany chodnik, którym wracamy do domu.

Strony kalendarza zapisane równym pismem, chciałoby się skłamać, ale moje litery raczej falują, raz w dół, raz wzbijają się nad linię, nie opadają. To nie są linie wierszy, tylko zadań do wykonania, postęp polega na tym, że przy niektórych pojawiają się cudze imiona. Wydzieram czas na czytanie, na siebie. W łóżku, o drugiej w nocy, nad czymkolwiek, co w agendzie, oczy zamykają mi się same i opada głowa.

Nie lubię (p)oddawać, tak jak nie lubię wybierać. Chcę mieć wszystko.

Myślę, że rozumiesz, zdejmujesz mi okulary i odkładasz rzeczy na miejsce, przykrywasz kołdrą, gasisz światło i śpiącą przyciągasz do siebie.

Śnię pozytywizm, systemy informatyczne i nieznane języki. Grecję, Twoje oczy i głos. Zapach jabłek.

Noc.