Miesiąc: Sierpień 2014

światło i grzebień

Chyba nie lubię chodzić do muzeów. Bilety, karnety, kolejki, czasem dużo ludzi plus przekonanie, że nic nie zrozumiem, bo nic nie wiem o sztuce. O tym, jak robi się ciemność niebędącą czarną plamą, ani jak maluje się altanę tak, żeby było widać, że to gorący, letni dzień, ale już po południu. To, że to nieznany teren jednak trochę mnie onieśmiela i zniechęca.

Wszystko to przestaje być istotne, kiedy tylko przekraczam próg wystawy. Oglądanie obrazów jest jak wchodzenie do cudzej głowy, wrażliwości i świata. Warunek: to muszą być prawdziwe obrazy. Wrażenie, jakie zrobił na mnie Mark Rothko trwa do tej pory. Nie, nie kupiłam książek z reprodukcjami ani książek o oryginałach – nie powiedzą mi one nic o tym, co najważniejsze, co się dzieje między mną a.

Czy obraz coś mi robi?

W odbieraniu Gierymskiego najbardziej podoba mi się zagadka. Co jeszcze tam jest? Czy w tym cieniu ktoś siedzi? Czy ta niewyraźna twarz się uśmiecha czy tylko mi się wydaje? Skąd ta przestrzeń między drzewami? Czy światło ulicznych lamp na nocnych obrazach pada tak, jak powinno? Skąd się bierze ten pas jasności nad mostami? Czy ona gdzieś spada, czy jednak zamyka się w chmurach?

Wspaniały jest w tej nieoczywistości.

Namalował też drogę w Bronowicach.
krakow_muzeum_narodowe_aleksander_gierymski_droga_w_bronowicach

Gdy zobaczyłam ten obraz (w przedostatniej części wystawy, bolała mnie już głowa i chciało się pić), pomyślałam: „Ty szaleńcu, wspomnienia mi malować, wyprzedzając”. Miałam osiem lat i jechałam z rodzicami maluchem na Wycinkę, umarła prababcia, postanowiono pooswajać mnie ze śmiercią. Ciało leżało w domu, w pokoju, w którym babcia mieszkała całe życie. Były kobiety ze wsi, modliły się zaśpiewnymi głosami. Był wtorek i padał deszcz. Droga zza tylnej szyby wyglądała tak właśnie, nierówny piach i kawałki trawy, z okazji pogrzebu zjechała się cała rodzina, a na Wycinkę autobusem się nie dało. Gdzieś dalej kapliczka. Jeszcze zielone drzewa i przestrzeń rozlana przed oczami, najczystsze złoto.

Reklamy

Baczyński, Miłosz, burza w szklance zimnej wody

Czasem muszę tak, że siadam z komputerem na kanapie, pod nogi pufa, w telewizji jakiś durny film (Max Payne, co za bzdura) i wegetuję. Patrzę na portale, wszystko mnie nudzi, wstałabym po okulary, ale nie chce mi się, wiesz, i szczypią mnie oczy. Czytać? Nie, lepiej nie, czytanie wiąże się z poczuciem, że coś można, że czegoś się osoba uczy, słówek, melodii zdań, wpadają jej pomysły do głowy i chciałaby może usiąść i coś pisać. Lepiej nie. Napiłabym się czegoś, ale przecież do kuchni jest daleko, całe trzy kroki. Nie chce mi się wstawać. Zresztą wino trzeba by otwierać, sięgać po korkociąg, szukać kieliszków.

Próbuję nie wpaść w panikę (jest na to stanowczo za wcześnie).
Delikatnie głaszczę Cię po plecach, kreślę ósemki, nieskończone znaki. Czuję, jak robią Ci się ciarki, gęsia skórka, załamująca miękko światło.

4 sierpnia urodził się Gombrowicz, a umarł Baczyński. O Miłoszu właśnie oglądam film, jednym okiem, bo drugim piszę. Mówisz, z których wierszy te cytaty.

Trzeba przestawić miętę z powrotem na parapet,
burza już przeszła.

robię tak

Wielkie nieba czarne, Marszałkowska trochę szumi, bo po deszczu. Dziś myślałam o podwójnym w gruncie rzeczy znaczeniu jakiegoś pojedynczego słowa i nie pamiętam, o co chodziło, a obiecujące było wielce. Podaj pięć polskich imion męskich kończących się na literę „a”.

Na Pietrynie nie ma już kostki Bauma, jest piękny kamień (byłam dwa dni temu, to wiem). Jakby nam kto ulicę podmienił. Jasiek dzwonił, że może by się spotkać. Ja planuję zaplanowanie sierpnia, w połowie miesiąca gwiazdy będą lecieć jak śliwki z drzewa na działce, muszę kupić kapelusz.

Muszę znaleźć sobie taką chwilę i miejsce, żeby móc zdobywać się na puszczanie wolno wyobraźni, głowy i rąk. Siedzieć bezczynnie dwie godziny, nie móc wstać od nadmiaru wrażeń. Wiesz.