Miesiąc: Lipiec 2014

upał

Zachwycam się, roztkliwiam. Kiedy rano wychodzę na Plac Zamkowy i jest tyle światła, tyle nieba w zasięgu ręki, tyle powietrza; i kiedy po południu wychodzę z cienia bramy na rozgrzane kamienie Krakowskiego Przedmieścia. Albo gdy siadam na metalowym czarnym krześle przy metalowym białym stoliku na Koszykowej, a ledwie wyczuwalny wiatr głaszcze te piegowate ramiona i plecy. Gdy bosymi stopami dotykam trawy w Łazienkach, wyciągając z czarnej torby (z napisem ŁDZ) książkę o duszy. 

Zamykam oczy, by zaraz, prędko je otworzyć, bo jakiś pająk łazi mi po ramieniu, a chmury na horyzoncie zrobiły się różowe. 

Klik, klik, maile, że wyjeżdżam na krótką chwilę. 

Jeszcze tylko bym chciała więcej pisać. I więcej już nic. 

Reklamy

chandelier

Więcej, więcej, jeszcze raz.

Z #wstydliwychwyznań to pomyślałam dziś, że uda się, musi się udać, potrafię. Przez ułamek sekundy naprawdę i szczerze w siebie wierzyłam.