Miesiąc: Maj 2014

poruszenia

Umiem jednym niedbałym gestem strącić z parapetu dwadzieścia świeżo kupionych książek, połamać im grzbiety, pozaginać kartki. Umiem też zupełnie od niechcenia spaść ze schodów tak, żeby nie zrobić sobie nic oprócz długiej na pół piszczeli szramy. Bezwiednym, nonszalanckim ruchem wpaść na stół i nabić sobie na udach piękne, równoległe siniaki. Uderzyć się w mały palec u stopy, sąsiedzi słyszą wtedy słodkie bluzgi padające z mych delikatnych ust równie wyraźnie, jak donośne kichnięcia. Stłuc stojącą w kącie szklankę, strącić wiszące przy drzwiach koszule, potknąć się o buty stojące w tym samym miejscu od miesięcy.

Jednym dotknięciem pozbawić Cię głosu i tchu.

Przetrzebić myśli,
ustawić priorytety.

Reklamy

wcześniej

Raptem kilka minut. Już prawie lato, uważnie patrzę pod nogi, na ławce opalają się policjanci, tulipany wszystkie wyschły, sterczą. Zrobiłam porządek w notatkach, nie mam przy sobie połowy potrzebnych kartek. Improwizacje mi nie wychodzą, ale kiedy wszystko składa się w zdanie, które koniecznie trzeba wypowiedzieć, przełamuję lęk. Nie histeryzuję i nie postanawiam wszystkiego rzucić w cholerę, skoro profesor nie pieje z zachwytu, tylko myśli sobie dalej. Raczej zastanawiam się razem z nim, wychwytuję rzeczy, których nie wyraziłam głośno, a które gdzieś w podtekście mogły być. Wyciągam wnioski.

Ciągle brakuje mi dobrej metody. Marzy mi się takie myślenie, które idzie jak po sznurku od hipotezy do argumentów i zbadania konsekwencji tej czy innej decyzji. Nie wiem, jak to ćwiczyć, a wciąż brakuje mi odwagi, by po prostu to robić, z kartką i długopisem, na byle kawałku papieru. Próbować. Poszukiwania zastępcze.

Jeszcze czytanie tekstów na poważnie, po kilka godzin, żeby nauczyć się rzetelnej analizy. Nie do zrobienia w pełnym wymiarze godzin jak na razie, ale opowiadać o stanach pożądanych zawsze można.

Jest przecież czas, wyszłam kilka minut wcześniej.

drżenie

Że ktoś krzywo spojrzy, coś pomyśl, oceni, że jestem głupia / nudna / nieciekawa / mało fajna.

Jedyną akceptowalną i komfortową formą pisania był dziennik albo blog. Zawsze na moich zasadach, zawsze tak, jak mi się podobało, nigdy ze zbyt szeroką publicznością, za to z dbałością o to, by zbyt wiele osób się nie dowiedziało o tym, czym zajmuję się wieczorami, jak mnie najdzie.

Ukręciłam na siebie bicz. Pisanie jest jedynym terenem, na którym czuję się wolna i silna. Nie można mi wiele zrobić, gdy piszę. To ja decyduję. Ile tego, co we mnie wychynie, wypłynie, ile pokażę, a ile zostawię na później.

Pisząc myślę. Jakakolwiek rzetelna komunikacja jest możliwa tylko w pisaniu, w procesie przeformułowania tego, co wewnętrzne na odbieralne, zrozumiałe (czyżby). Inaczej jeszcze nie umiem.

Tymczasem muszę wystawić się na ocenę. Już raz musiałam i zdałam. Teraz jest trudniej: mam pisać w moim języku, a więc wszystko, co wyrażone będzie mi bliższe; muszę poruszać się po terenie niezbyt nieznanym, ale fascynującym – łatwo będzie zejść ze ścieżki w jakieś łopiany. I boję się, i łaknę.

Krytyka mojego pisania jest zawsze krytyką mnie samej. Dlatego tak się chowam, tak kluczę, posty na seminaryjne forum wstawiam zawsze ostatnia, żeby nikt poza prowadzącą nie miał okazji się z nimi zapoznać.

To chyba cud boski, że jeszcze w tych wszystkich sprzecznościach nie zwariowałam.

Jeśli myśl jest formą odczuwania, to moim odczuwaniem jest pisanie. Wszystko przeżywam przez w 99.99% niewypowiedziane zdania. Gdyby ktoś prześwietlił magicznym światłem mój mózg, znalazłby w nim słowa, nie obrazy. Teksty piosenek, potem melodie. Dialogi z filmów, potem sceny.

Tylko jak patrzę w Twoje oczy, to mi tych słów nie trzeba.
Tak, poza tym ciągle głosy.