Miesiąc: Kwiecień 2014

tropicielka

Pracowałam dziś nad referatem na zajęcia. Wiem o nim od początku semestru, seminarium jest jutro. Przeczytałam 15 stron, potem przez dwie godziny siedziałam w necie, wypiłam dwa kieliszki wina, zjadłam obiad, pół milki i jednego loda z migdałami, po czym padła groźba wyjścia na spacer, więc wzięłam się za pozostałe 15 stron. Robiłam je przez następnych pięć godzin.

Zastanawiam się, już od roku przecież, nad tym pisaniem/nie-pisaniem. Nad tym, że to zawsze musi być w nagrodę albo wyższa konieczność, z której nie może być z kolei dla mnie specjalnej korzyści. Inaczej – nie ma mowy, z jakiegoś nieuświadomionego jeszcze powodu nie daję sobie prawa, żeby uważać pisane za w ogóle istotne; zawsze jest coś ważniejszego, zmywanie, składanie prania, nowy serial, okna do umycia, fejsbuk do poklikania. Byle nie. Żeby przypadkiem nie okazało się, że jestem w stanie zrobić coś świetnego, bo cóż ja wtedy pocznę? Położę się chyba i umrę. Jeszcze jakbym miała od razu pyknąć coś, po czym umierać nie żal, to i może. Tymczasem mięśnie nieużywane zanikają i odnoszę wrażenie, że dwóch zdań nie jestem w stanie sensownie złożyć. 5 stron tekstu być może jest argumentem przeciw tej tezie, ale.

Ale herbata mi stygnie, logika nienauczona, relacje między elementami zbiorów z jakiegoś powodu prostują mi zwoje. Może mi się przyśnią, jak Shakira wczoraj, i może ułożą się w głowie spokojnie, spokojnie. Żurawina, esencja, materializm, poduszki.
Dobranoc.

Reklamy

pierwsza taka

Postęp, jaki poczyniłam, jest niewiarygodny.
Jeszcze więcej mnie czeka.

Tymczasem przepędzam wieczory na słuchaniu audycji z radiowej dwójki, Auster, Auden, Mannowie i inni. Kupuję notatniki i buty.

Nie mam w czym pisać ani chodzić.

Nie umieram z lęku, spokojnie przechodzę przez wiosnę, daję radę. Ostatni raz czułam się tak osiem lat temu. Dzień dobry.