Miesiąc: Październik 2013

wyzwania. tak z miliard. na raz.

Ostatnio z moją wewnętrzną krytyczką rozmawiam. Zmieniłam strategię, bo z jakichś powodów ignorowanie jej nie przynosi żadnych, ale to absolutnie żadnych rezultatów. Stoimy więc sobie-obie na rondzie Żaba, bardzo przyjemne miejsce, dużo przestrzeni z powodu dwu- albo i trzypasmowych jezdni przeciętych szynami tramwajów, ogródków działkowych, żydowskiego cmentarza i stacji benzynowej. Jest gdzie rozpędzać dialogiczne myśli. Dyskutujemy więc. Dlaczego niepójście na seminarium nie stanowi o mojej (nie)przydatności dla świata. Z jakiego powodu wysnuwanie wniosku o byciu kretynką na podstawie tego, że Mariola odczytała coś trochę inaczej, niż bym chciała, jest nieuprawnione. Czy to, że moja koleżanka z pokoju w bursie jest już na drugim roku doktoranckich, podczas gdy ja ledwie zaczęłam magisterskie cokolwiek znaczy. Na ile nienawiści wobec siebie samej można sobie pozwolić z powodu niewyrobienia planu dnia (na ani trochę). Nie lubię dyskutować. Wolę, jak wszyscy mnie lubią. Spór zawsze odbieram jako osobisty afront. Odkąd próbuję zachowywać się jak dorosła – racjonalizuję. Mam jednak co racjonalizować, a więc jeszcze nie przestałam brać do siebie. Zaciskam więc zęby i brnę w dyskusję, powoli wyrabiam w sobie nawyk niezgody.

Stoimy więc obie, czekamy na tramwaj. Wiatr szarpie szalikiem, od mgły skręcają nam się włosy.

Reklamy

skóra, kości

Każdego roku – ale to każdego – nadchodzi w moim pełnym napięć, choć przecież nieprzesadnie intensywnym trybie bycia taki moment, że moja skóra, moje kości i wszystko, co pomiędzy mówi bujaj się, młoda i padam.
Katary, kaszle, kłucie w płucku, kłucie w uszku, dreszcze i siódme poty. Fuj.
Leżę więc w tym łóżku, pod kocem i zdycham. Bo choruję jak każdy stereotypowy facet, o borze, o borze, zaraz umrę… nie wiem, skąd to mi się bierze ani czy jestem z tego bardziej dumna czy jednak trochę mi wstyd, ale nie uznaję wychodzenia z choróbskiem do ludzi i zarażania na prawo i lewo, wegetowania na zajęciach z pudełkiem chusteczek, snucia się po biurze w golfie i dwóch szalikach. Za brzydka jestem chora, żeby chodzić do ludzi.
Ale do rzeczy.
Tak sobie leżę, przede mną półka z książkami, za mną półki z książkami, dokoła kartony z książkami i pojedyncze egzemplarze luźno rzucone – i nie mam co czytać. Bo chciałabym o Sycylii, podróżach, romantycznych przygodach w obcych krajach, zjadliwą krytykę europocentryzmu, postkolonialne studia o Polsce, może jakieś wiersze, i potem pisać błyskotliwe eseje na temat albo obok niego… ale tak trudno się skupić, kiedy jakaś strzyga postanowiła przysiąść na mostku i poddusić trochę. Od gorącej herbaty kręci się w głowie, a od czosnku w mózgu.

Przepisywać notatki do komputera, przekładać dojrzałe jabłka między koszykami, pisać niezobowiązujące notki-pamiątki z obrotu spraw.
To na szczęście można i da się.

Psik, psik, zdrówko!

głośno

Niszczenie sobie życia wyszło mi tak spektakularnie, że jestem w formie, w jakiej nie byłam od… sześciu lat.
Nagle wszystko się ułożyło jak dobrze zaprasowane pliski i ślicznie się kołysze w rytm lekkich kroków. Wracając z pracy zrywam liście z drzew i natychmiast o nich zapominam, przez co odklejają mi się od palców i spadają wprost pod sunące cicho tramwaje, wieczorna mgła jest jeszcze ciepła i raczej otula niż przeszywa, szumią wielkie jeziora pomarańczowe od ulicznych lamp.
Między jednym a drugim snem wsuwasz udo między moje nogi, ręką obejmujesz wpół, bezwiednie, w mgnieniu zamkniętego oka przysuwam się jeszcze bliżej.

Sezon na gorącą herbatę przed snem i kawę z miodem na śniadanie.
Jeśli pisałam tu miliard razy, że jesień jest najlepsza, nie szkodzi. Jest.
Aż kipię od pragnień. Dyskretnie buzuję.
Ćwiczę wyobraźnię, doskonalę umiejętności.