Miesiąc: Maj 2013

patologia

Mieszkanie zawalone jest książkami. Dosłownie, pod ścianą stoi, niech policzę… 19 kartonów, pod biurkiem 4. Półek na razie nie mamy. Rozmawiamy o moich nadciągających nieubłaganie urodzinach. On wpadł na jakiś wspaniały pomysł, ale ja mam lepszy.
– Kupisz mi drugą część Twojej twarzy jutro Maríasa – mówię.
– A gdzie jest pierwsza? – pyta mnie, uśmiechając się lekko.
– No… gdzieś tu – odpowiadam.
– To ja nie wiem. Dostaniesz drugą, będziesz szukać pierwszej, narobisz bałaganu, w którym zgubi się ta druga, a potem przy trzeciej to samo. Nie wiem, nie wiem… – kręci głową na boki.

Tak więc nie wiadomo, może nie dostanę już nigdy żadnej książki.
Tymczasem kupiłam sobie z siedem nowych. Jeszcze nie przyszły, ale już nie ma ich gdzie położyć.

tsundoku

(tsundoku trochę jak tsunami)

było. póki nie minęło [2011]
207

nie robić sprawy

Myślę, że samo pisanie jest już jakąś formą nonkonformizmu. To jest jednak rezygnacja z pieniędzy, powiedzmy sobie szczerze. A chętnie bym miała pieniądze, jadła dobre jedzenie w restauracji, jeździła taksówką i kupowała sobie płyty i wielkie, błyszczące kolczyki. To jednak wymaga sporego uporu – konsekwentne zajmowanie się czymś, co jest towarem absolutnie zbędnym, nieprzynoszącym ani prestiżu społecznego, ani pieniędzy. Ani to praca, ani hobby. I jakieś to dwuznaczne. No bo powiedzieć poważnie zdanie: „Jestem poetką”, „Jestem pisarką” – to jednak jakiś wstyd. Rozmówca patrzy na ciebie z mieszaniną pobłażliwości i rozbawienia: „Nie no, ale poważnie, czym się NAPRAWDĘ zajmujesz?”. No więc jesteś leniem, leserem, postacią zbędną z perspektywy społecznej. Nikt nie chce twojego towaru kupić, a towar wymaga poświęceń, jest żarłoczny, pasożytuje na tobie i chce, żebyś mu się w całości oddał. Łatwo popaść w zgorzknienie albo syndrom nieodczytanego geniuszu. Więc warto patrzeć na to wszystko trzeźwo, bez patosu i zbędnego romantyzmu. Nie robić z tego sprawy.

Agnieszka Wolny-Hamkało, od rasp.

było. póki nie minęło [2009]
057

substancja

Skopiowałam przez ostatnie dwa popołudnia wszystkie 266 notek ze studia-ziew. Stąd nowe linki na belce. Docelowo ma tu się pojawić cała moja „produkcja”, od 2004 albo 2006 roku, jeszcze nie wiadomo, jak daleko posunę się we własnym ekshibicjonizmie (jest coś niemoralnego w czytaniu zapisków z czasów, gdy się miało lat siedemnaście).

Nie wiem, co czuje człowiek, który uświadamia sobie, że od dziewięciu lat pisze bloga. Nie myślałam o tym. Pomyślałam: za pół roku kalendarzowo, a za rok faktycznie – będzie dziesięć. Od piętnastu piszę swoje życie w ogóle, mam stosy dzienników w domu. Oczywiście, że nie wynika z tego nic poza tysiącami zapisanych stron, wprawki, wprawki, wyprawiona skórka. Jestem obcykana z rzemiosłem jak mało kto. Pytanie, co to za rzemiosło.

Gdy przerzucałam te notki nie zagłębiałam się w nie, ale siłą rzeczy co nieco mi się w oczy rzuciło. Mianowicie, że jestem z siebie wiecznie niezadowolona i piszę na blogu właściwie wtedy, kiedy muszę sobie, kolokwialnie mówiąc, nawrzucać. Nic nie piszę o szczęściu (chyba, że między wierszami), o sukcesach, o wszechogarniającym szczęściu, którego się doświadcza, kiedy słyszy się po przebudzeniu to jak dobrze, że tu jesteś i wie się, że nie chodzi o to, że jest miło, fajnie czy sympatycznie.
Ze smutkiem nie jest mi do twarzy, znacznie lepiej wyglądam uśmiechnięta, ale gdzieś tam w środku myślę, że jestem smutna domyślnie i nic się z tymi ustawieniami nie da zrobić, stąd i blog taki melancholijny – bo ja taka jestem, i to widać, i to jest mną.

J. mówi, że jestem v2.0, czyli że upgrade, cóż może nam się w życiu przytrafić lepszego niż upgrade. Uważam, że spanie. Na które dzisiejszej nocy jest mało czasu, właśnie dlatego, zamiast robić, co powinnam piszę sobie metanotkę na bloga. Taką bez puenty, za to pierwszą, w której linkuję to, co napisane zostało tego samego dnia, z tym, że lata wcześniej.

było. póki nie minęło [2010, 2009]
141 prokrastynacja stosowana, nie chce mi się pisać*
056