Miesiąc: Czerwiec 2012

wprowadzenie

[nad głową wisi mi lista zadań, ale najpierw: notka]

Niedługo mam urodziny i chyba dlatego ostatnio robimy dobre rzeczy, takie jak carbonara, pijemy białe wino i jemy truskawki ze śmietaną. Proste rzeczy, najlepsze. Możliwe jest też, że w ogóle tak robimy, tylko ja, fanatyczka dat, nadaję życiu większe znaczenie, bo akurat zaraz skończę 24 lata, och, jej.

Zanim jednak to smutne wydarzenie nastąpi, chciałabym Wam podpowiedzieć, że w Instytucie Goethego mają fantastyczne wysokie, barowe krzesła; wiem, bo świetnie się na nich siedziało w ostatnim rzędzie, podczas prezentacji 118. numeru Zeszytów Literackich, poświęconego W.G. Sebaldowi.

Pisarz ten przewija się przez naszą historię od samego początku (kiedyś miały być w bibliotece Pierścienie Saturna, ale ich jednak nie było, wobec czego – – –  już nie pamiętam). Żadne nic Sebalda nie czytało, ale co to szkodzi. Poszliśmy posłuchać Małgorzaty Łukasiewicz i Marka Zagańczyka. Formuła 1:1 nie jest najszczęśliwszą, może nawet się trochę nudziłam, robiąc wypisy na okładce wkładki literackiej do magazynu Aktivist!: katastrofy, co to za pisanie, którego się nie pamięta, barok, hiperrealizm preparatu, gdzie w tym wszystkim jest Borges, koniec z wielką, porządkującą narracją. Numer dostanie się w moje ręce po weekendzie, w numerze jest tekst Różyckiego, jakże dawno się nie widzieliśmy, panie Tomku.

Lampkę wina później przygarnęłam Ciemne skrzydła Ikara. O rozpaczy znanego wszystkim Jana Tomkowskiego, wydane przez Iskry na pięknym, gładkim, lekko żółtym papierze. (Jestem fanatyczką papieru, przecież). To ciekawe, ile radości zapowiada książka o smutku. Już widzę, jakie będę nad nim robić miny.

A teraz o odkryciu dnia.

Trafiliśmy do t-baru. Weszłam i oniemiałam. Piękne wnętrze, nowoczesne, nieprzeładowane, schludne i spójne, o co herbaciarniom najtrudniej. Doceniam urok łódzkich Niebieskich migdałów i warszawskiego Tarabuka (który chyba nawet nie jest herbaciarnią), ale czasem trzeba pomyśleć, a myśli się lepiej w przestrzeni. Której tam nie brakuje. Usiedliśmy w kącie, na prawo miałam pianino postawione na gazetach i piękny regał

a na lewo zieloną roślinę, która wyglądała jak trawa. Przed sobą – spore pomieszczenie, w którym najpiękniejsze są sufit i ściany. Meble nawiązują formą do polskiego wzornictwa z lat 50 i 60, ale mogę się mylić. Zresztą, czy ważne epoki – są świetne. Herbaciarnia mieści się w lokalu, w którym drzewiej sprzedawano futra. Nie wiem jeszcze, jakie to ma dla mnie znaczenie, ale lubię wiedzieć takie niepożyteczne rzeczy.

Pija się tu herbatę i przygotowane na bazie herbaty t-moktajle (bezalkoholowe) i t-koktajle (alkoholowe). Zjeść można dużo dobrego, są sałaty, kanapki i sezonowe menu lunchowe. Oczy mi się uśmiechnęły do chłodnika z truskawek i mięty, ale że wracaliśmy z pizzerii, postanowiliśmy spróbować t-moktajli. Wynik jest taki, że polecamy Śródziemnomorski t-moktajl, który składał się z herbaty Dilmah Mediterranean Mandarin, fanty pomarańczowej, grenadiny  i cząstek mandarynek. Idealny dla miłośniczek i miłośników umiarkowanych słodkości.

Trochę słabiej wypadł Srebrny t-moktajl (biała herbata Ceylon Silver Tips, sprite, blue curacao i limonka). Był za mało wyrazisty, dodalibyśmy tam więcej limonki, ja dorzuciłabym trochę zielonego pieprzu. Pewnie lepiej by się sprawdził w 30stopniowym upale, bo był bardzo zimny i bardzo orzeźwiający, ale nie wiem, jak u Was, w Warszawie ostatnio kiepsko z temperaturami.

To, co decyduje o moim zachwycie tym miejscem, to obsługa. Dwóch przemiłych kelnerów służyło radą, pomocą i informacją. Może to kwestia pory – byliśmy jedynymi gośćmi – a może tego, że panowie po prostu traktują klientów z szacunkiem i uwagą. Wyszliśmy w każdym razie z zapisanymi w komórkach hasłami do wi-fi, bo na pewno będziemy tam wracać. Tym bardziej, że na pożegnanie zostaliśmy obdarowani kartą do zbierania t-barowych pieczątek. Wybieg wcale nieodkrywczy, acz wielce skuteczny. Aroma espresso bar pod UW tym sposobem uczynił sobie ze mnie stałą klientkę).

Idźcie i pijcie. Nie samą kawą żyje człowiek!

[ja tymczasem się oddalę do zadań moich. tylko oliweczkę jeszcze].

metanotka

Żyję w paradoksie. Na mieście spotkać mnie trudniej, wyciągnąć gdzieś – katastrofa. M. ostatnio orzekła, że aby pójść ze mną do teatru, należy mi oznajmić, gdzie i o której się widzimy, bo dogadać się nie sposób. Inna sprawa, że to działa, bo poszłyśmy na sztukę ponowoczesną pt. Freddie. Mam teraz zadaną pracę domową: napisać notkę na temat rzeczonego przedstawienia, ale tak bardzo mi się nie chce, jest tak duszno, a ja mam tyle pracy, że pewnie notka zmieni się w zbiór luźnych impresji (jakbym kiedykolwiek była w stanie napisać coś innego, prawda) i zaistnieje gdzieś w okolicach połowy sierpnia.

Wracając do paradoksu: teoretycznie żyję mniej. Mniej chodzę, mniej się spotykam, mniej oglądam.  Ale jakby więcej. Więcej widzę, więcej przeżywam, mocniej odczuwam i ciągle kupuję książki (Demona teorii ostatnio). Więcej też pragnę. Czytać, wyjeżdżać, pisać. Od wczoraj biję się z myślami, czy wydać pieniądze na Noc seksualną, Nawiedzony dom, trzy książki Maríasa i jedną Orbitowskiego. Dziś czytam Hamleta i Don Kichota Turgieniewa i umieram na tę duchotę, bo komp grzeje, lniane prześcieradło wprawdzie chłodzi, ale to za mało, za mało na ten brak powietrza. Czekam 22.00 jak zbawienia, może zacznę móc myśleć.

Paradoks polega więc na tym, że niby dzieje się mniej, ale tematów do pisania blognotek mam więcej, bo muszę napisać o książkach, o tym, jakim zbawieniem jest sieć Dedalus i jakim niebezpieczeństwem chodzenie tam z kimś, kto nie ma hamulców jeszcze bardziej niż ja, o girl power, która objawiła się w moim życiu niespodziewanie, o rozdwająjących (jakie słowo śmieszne) się końcówkach i wszystkim, co to implikuje, o wściekaniu się na małe, przemądrzałe studentki, o tym, jak niepostrzeżenie przewrócić swoje życie do góry nogami i być z tego zadowolonym, o Euro i pracowaniu z ludźmi niezbyt rozgarniętymi. O filmach, które obejrzałam (Co się wydarzyło w Madison County, Zaklinacz koni, Skazani na Shawshank – tak, żadnego z tych filmów nie widziałam NIGDY WCZEŚNIEJ, sue me), a w szczególności o Serafinie. O grammarnazi, niechęci do ludzi i o tym, który nie jest ludzie. O wyniszczającej pracy, w której trzyma mnie tylko brak pewności siebie i autosabotaże. O Cudownych latach i Marku Grechucie. O tym, jak stałam się enfant terrible pewnej grupy roboczej, kto by mnie o to podejrzewał. Kiedykolwiek.

Jednakże ZEN mi się włącza. Może to przez rozpoczętą suplementację, może przez ogólny klimat, który eliminuje zbyteczne aktywności, może przez zbliżanie się do liczby lat 24.

W sumie – wszystko jedno. Butelka wody i lista zadań, dla lepszego samopoczucia.

pora snu

Nocne, duszne powietrze. Cienka bluzka, lepiąca się do ciała i brak tlenu, brak tlenu, brak tlenu. Nie mogłeś dziś po mnie przyjść.

Mokre chodniki, próżny ten deszcz. Minuty, czułość opowieści o codzienności, przesiadki, mieszkanie.

Szukanie kluczy, trzeci raz ta sama dziewczyna (tramwaj, wejście, korytarz), potem słyszę, jak przejeżdżają pociągi i słyszę Cohena.

 

[Czekam, aż  powiem Ci cześć.]