Miesiąc: Kwiecień 2012

porządek rzeczy

Waham się tylko chwilę, chwilę się opieram, walczę ze sobą, ale w końcu się poddaję i zanosząc się płaczem, z bosymi stopami w trawie, daję się zagarnąć w ramiona, jestem słaba, smutna, zła i nie mam siły, i jest mi wstyd.

Potem szybko mężnieję, mówię kilka gorzkich słów, ale zasadniczo się nie poddaję. Chyba.

Andrzej Grabowski w takim mądrym całkiem, życiowym wywiadzie w sobotnim szmatławcu, jak zwykłam nazywać ostatnimi czasy Gazetę Wyborczą powiedział, że najważniejsze w życiu to wierzyć w siebie. Że jak się w siebie nie wierzy, to trzeba dać doktorowi 200 zł i powiedzieć: proszę mi przywrócić wiarę w siebie. Ja nie wiem, czy takie doktory istnieją, wiem, że tej wiary mi zasadniczo brakuje niezwykle, co mnie wkurza, czego nie rozumiem, z czym bujam się już 24 lata, więc w sumie może można byłoby się ogarnąć, prawda. Ja wiem, że truizm, że Paulo Coehlo, że może jednak byłoby Cię, Quijote, stać na nieco głębsze refleksje, ale co ja poradzę na to, że zasadniczo moje wieczne kłopoty sprowadzają się właśnie do tego. No co.

 

Jednakże abstrahując.

Marymont pachnie jak marzenia, Żoliborz w prawie majowym zmierzchu jest zachwycający, dziś dałam się uwieść i kupiłam trzy książki, miałam dzień, w którym namieszało mi się łez i uśmiechów, smutków i irytacji, i złości ze spokojem.
Zasadniczo więc: czuję, że żyję.

Aż boli.

Celebrować więc to będę dziś piwem i Sherlockiem. Michą popcornu. Notką-chaosem na zaniedbanym blogu. Zimnym prysznicem w werbenowo-bergamotkowym zapachu. Ściąganiem ubrań i spaniem bez kołdry. Odrobiną wyrozumiałości wobec siebie samej, głębokim oddechem.

Reklamy