Miesiąc: Sierpień 2011

215 (…)

Teraz wraca do domu. Piękna, rozbawiona, kosmyk włosów przykleił się do jej spoconej jeszcze szyi. Miasto jest przytłumione, za zasłoną toczy swój zwyczajowy rytm, który nigdy się nie powtarza. Ona, jakby przypadkiem, zagląda w jego oczy, choć wcale nie zwraca uwagi na jego wzrok. Myśli o tych ustach, dłoniach i zapachu, który przylgnął do niej jak nowa warstwa naskórka. Miasto, znów to miasto, wchłania miarowość kroków i oddechu. Zaciera granice między bliskością a dotykiem. Pozwala na niewinność, pozorną niewinność, ułudę niedziania się.
– Nie tak prędko – mówi, bo plączą się jej kroki, zapamiętałe w tańcu, mokry chodnik jak śliski parkiet.
– Jak tylko chcesz – odpowiada on, myśląc bez ustanku o jej stopach, o tym, jak dotykałyby zimnego betonu, gdyby zdjęła buty. Których nie zdejmie.

I chociaż nie wydarza się nic, między nimi wydarza się właśnie zniszczenie Pompejów i złupienie Rzymu, najazd Wikingów i wojna stuletnia, inwazja arabska i bitwa pod Wiedniem.

W pamięci, jak podczas mnożenia, pozostaje to, co się nie wydarzyło, choć mogło.

Na wschodzie niebo różowieje złotą kreską. Samochody kreślą identyczne linie na mokrym asfalcie.

214 szlag mnie trafia, mój Kochany

Zamiast nieba pełnego gwiazd, spadających, mam niebo pełne chmur, wiszących ciężko nad horyzontem. Chmur, które wzbierają, pęcznieją, stają się ciężkie i ciemne, słodkie powietrze jest wciąż ciepłe i spokojne. Można wyjść na balkon i patrzeć w te chmury bez drżenia.

Bez drżenia, którym byłam cała jeszcze rok temu. Którym nie będę już nigdy.

I choć wiele mi dałeś: umiejętność niewierzenia ludziom na słowo, skłonność do podejrzliwości wobec tych, którzy wydają się mieć duszę, przeczyszczone kanaliki łzowe, odporność na rozczarowania, świadomość, że można być okłamywaną przez sześć miesięcy dzień w dzień i tego, że każda chwila jest ważna i warta siebie tylko wtedy, kiedy trwa, do dziś nie mogę Ci wybaczyć (a minęło już 9 miesięcy odkąd okazałeś się być kim jesteś), że zniszczyłeś takie obszary mojego świata. Że nie przechodzą mi przez gardło słowa: wrzosowisko, Plastuś, Múm, Kraków, huśtawka. Że każdy przejazd ulicą Prostą (chwała Bogu, zamkniętą przez najbliższe dwa lata, może zdążę się opamiętać) jest jak wbicie noża w serce. Że nie umiem już popatrzeć na nieznajomego i pomyśleć, że coś na pewno się wydarzy. Że tak bardzo boję się jesieni i peronu pierwszego oraz trzeciego na Centralnym. I jeśli do czasu rozstania z Tobą miałam w sobie jeszcze coś z dziecka, tak od pół roku jestem już tylko wytrawnym cynikiem, który co jakiś czas płacze z tęsknoty nie tyle za Tobą, co za tamtym czasem.

Bo w tamtym czasie, z Tobą, zostało wszystko to, co we mnie było najlepsze. Tam, na poligonach, kiedy robiłeś mi zdjęcia z daleka, w deszczu na ulicach, na peronach i w tramwajach. Całkiem sporo z tego leży gdzieś na Polu Mokotowskim i w 309.

Ale Ty to pozbierałeś, wymiąłeś, podarłeś, wyrzuciłeś i otrzepałeś pewnie ręce z pyłu. Żeby nie pamiętać, jak bardzo mnie zawiodłeś. Żeby znienawidzić mnie za to, że okazałam się być tylko kruchą Natalią, załamaną, wstrząśniętą. I za to, że za każdym razem widziałbyś we mnie siebie z tamtych dni. Najgorszych dni w moim życiu.

I widzisz, mój Kochany, błogosławię to, że jednak miałam odblokowany telefon. Nie wiem, jak bardzo zniszczyłoby mnie, gdybym nie dowiedziała się tego wszystkiego. Gdybym dalej dawała sobą manipulować. Gdybyś nie okazał się tym, kim jesteś. Teraz, w moich oczach. I kim, wedle wszelkich praw wszechświata, już pozostaniesz. Chociaż nic Cię to nie będzie obchodzić. Najpewniej.

Nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło. Nie patrzymy sobie na ręce ani w oczy. Ja milczę, a Ty odchodzisz, bo nie chcę Cię znać. Mówię Ci dobranoc. Rzucam monetą, i tym razem reszka oznacza: nie dzwoń, orzeł oznacza: nie dzwoń.

Szlag mnie trafia, mój Kochany, bo nigdy nie istniałeś.

213 3.08.2011

Dzień, w którym urodził się Iwan Wyrypajew (jak ważnym bóstwem jest Wyrypajew w moim prywatnym panteonie wie, kto ma wiedzieć), jest również dniem narodzin mojej siostrzenicy, długiej dziewczyny o pięknych ustach, która zasypiała dziś, w dziesiątej godzinie swojego życia, trzymając się rękami za głowę, jakby przeczuwała, że to najlepsza z możliwych postawa wobec tego świata.

Jest tak nierzeczywista, jak tylko dzieci w pierwszej dobie życia potrafią być. Panna Niedowierzanie.