Miesiąc: Maj 2011

207 gupia, oj! [uwaga. notka jest wulgarna]

{jak masz mniej niż 18 lat to nie czytaj}

Trzy tygodnie obsuwy. Jestem (kurwa) geniuszem. Napisanie tej pracy zajęło mi 199 minut. Mogłam ją napisać 168 razy w tym czasie.

Tfu, tfu, tfu (pluję sobie w brodę).

Ja się nigdy, powtarzam, nigdy nie nauczę. Nigdy. Powinnam się nazywać Lady Nevermore.

Na koncie mam czarną dziurę, rachunek telefoniczny mam kosmiczny (to nic, że jeszcze nie przyszedł, ja już wiem), a czas stał się chyba znienacka ciemną materią, bo za cholerę go nie mogę znaleźć.

A teraz do modlitw! Żeby po sesji czekała na mnie nowa praca, ale też w literkach. Borze, jakże ja mam po co żyć: po sesji wakacje, w czasie wakacji może nawet nowa praca. Ile nadziei! Matko Głupich, Kurwo w Zielonej Sukience, Plago Niewypezła z Puszki Pandory*.

Znów weszłam (wtoczyłam się) w fazę nieustającego flirtu. To wina spódnicy. Spódnic. Rudych (o! jaka nowość!) włosów. Słońca. Chuj wie, czego. Znaczy, członek**.

*Ten koncept w Balladynach… mi się akurat spodobał.
** Hermetyczne. Pozdro dla Sławka z pracy. [żadnych skojarzeń, zbereźnicy, a fu!]

Reklamy

206 buscando

El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha.

Kreska czerwieni po zachodzie słońca (bliżej północnego nieba). Deszcz, co jakiś czas.

Płaczę po kątach autobusów.

205 postanowione

Za miesiąc i kilka dni spakuję moje warszawskie życie w kartony, pudełka i walizki, wsiądę w samochód i pojadę 80 km na południe, żeby spędzić tam dwa miesiące.

We własnym pokoju, który przemebluję, może nawet przemaluję, zmienię w nim zasłony i kupię nowe firanki, zdejmę ze ścian stare obrazy i powieszę kapelusze.

Będzie mnóstwo domowej, normalnej pracy i będzie mnóstwo czasu na leżenie na huśtawce i bezwstydne gapienie się w niebo, które przecież pamięta jeszcze Kubę, ale będzie się musiało przyzwyczaić, że tym razem, jak zazwyczaj przecież, będę sama. Nie powinno być trudno.

Będzie mnóstwo wypraw rowerowych, na górkę i nad rzekę, wzdłuż i w poprzek lasów, na Piekiełko i na łęgi, i na lotnisko, nocami, żeby nic nie zasłaniało spadających Perseid.

Na chwilę wrócę do mojego utraconego szczęśliwego świata, w którym tyle razy byłam zakochana. Drzewa, kurz, domowy hałas, domowa cisza nocy. Spokój, który w całym tym rozgardiaszu będzie przejmował do szpiku.

.
Póki co niebo nad Warszawą przecinają wzdłuż i wszerz błyskawice, pada lekki deszcz, wypiłam kawę i mam bałagan na łóżku.

Rozpisałam sesję w kalendarzu.

Dobrze, że jutro koniec świata, chociaż kawy z J. trochę będzie szkoda.