Miesiąc: Marzec 2011

193

Kiedyś, naprawdę, nie jest ważne, kiedy, móc do Ciebie zadzwonić i w pół godziny później wyjść na nocny spacer po Kolonii Staszica i Lubeckiego, milczeć, liczyć kroki.

Zamknąć usta wątpliwościom.

.
Chciałabym.

Reklamy

192

Kubek po herbacie, telefon, kalendarz, długopis. | Lampa, piórnik, notatki z rozrysowanymi pomysłami, łyżeczka, słuchawki, notes.

A ja sobie siedzę pośrodku, dłubię w literkach, zaśmiewam się z własnego optymizmu, który czasem gdzieś przebłyskuje, a potem okazuje się, że niestety klops, albowiem Internety postanowiły przestać działać, przez co jestem w jeszcze milszym niedoczasie.

Fajnie byłoby nie pójść spać i rozprawić się z tym, co nade mną wisi, ale, niestety, aż takim hardkorem nie jestem. I jeszcze się uczę do tego wszystkiego, co za idiotyzm.

W ogóle przeżywam nawrót na porządność. Znam nawet przyczynę tego wzrostu formy, stoi ona nad łóżkiem w gustownej buteleczce, ale co ja będę narzekać.

Ważne, że jakoś idzie.

Najbardziej bawi mnie to, że jak nie mam planu na wieczór, dostaję palpitacji, ataku paniki, spazmów. Myśl o spędzeniu czasu na niczym wywołuje gęsią skórkę. Dopóki nie zacznę tego czasu na niczym marnotrawić. Wtedy już jakoś idzie.

Najtrudniejszy pierwszy krok, jak śpiewał klasyk.

To ja może wykonawszy pierwszy na rzecz powrotu do regularnego uzewnętrzniania się w tym miejscu, wykonam kolejny, na rzecz pójścia pod prysznic, zapakowania się do łóżka z melisą, obmyślenia dalszego ciągu strategii i przespania kilku godzin.

Organizacja czasu mi szwankuje. Oczywiście, od zawsze. Dziś przez Rolanda, który sobie o mnie przypomniał i przy herbacie zabawiał mnie dyskusją na temat przyczyn tego, co dzieje się w Afryce. Ja w odwecie streściłam mu Internet. 1:1

<3

191 N./N.

Jedna z nas ostatnio działa jak robot: wykonuje po kolei zadania, planuje czas tak, żeby jak najlepiej go wykorzystać i jak najmniej stracić na posiłki, okienka, poszukiwania bankomatu czy adresu. Pamięta o niemal wszystkim, tylko czasem wraca dwa razy do pokoju, a potem sobie przypomina, że jeszcze notatki, żeby później sobie uświadomić, że ma je w teczce. Spotyka się z ludźmi, tu, tam, owam. Kseruje na zapas i z wyprzedzeniem. Jest całkiem miła. Nie kłóci się. Zakłada słuchawki i znika. W autobusach czyta po hiszpańsku, a w łóżku pije melisę, żeby spokojnie zasnąć, żeby następnego dnia wstać o poranku, jedna praca, druga praca, uczelnia. Gmail w komórce, prawda.

Druga, szczerze mówiąc, chyba właśnie leży pod biurkiem, zwinięta w kota i płacze. Ciągle pada ofiarą własnej wyobraźni. Skupia swoje istnienie na tym jednym, jedynym uczuciu, jakie się w tej chwili liczy. Że znów zawiodła samą siebie nad skraj załamania nerwowego. Dziecko we mgle, krzyczące bez opamiętania, rozpieprzające wszystko, co stanie na jego drodze, krzywdzące wszystkich dokoła, bo samo doznało krzywdy, bo ciągle ktoś mu robi coś złego. Argumenty, że takie jest życie nie działają. To tylko dziecko.

Co rano przyduszam ją poduszką, żeby się wreszcie zamknęła.