Miesiąc: Styczeń 2011

183 powrót do przeszłości

Jestem sentymentalna. OB-RZYD-LI-WIE. Na sentyment można ze mną zrobić wszystko, zaprowadzić w ciemny zaułek, zmusić do rozmów z ludźmi, których przecież nie znoszę, przekonać do zjedzenia potrawki czy innego świństwa, o, kukurydzy na przykład. Wystarczy mi powiedzieć bo kiedyś… i już. Się ma mnie jak na dłoni.

Przyjechałam do domu (do domu wypada jeździć), na całe… 30 godzin, żeby się wyspać, zjeść coś dobrego, pogadać z rodzicami i pójść na studniówkę. To znaczy, żeby była jasność: nie to, że na całą. Pojechałam z mamą na poloneza, zobaczyć, jak moja mała dyga na trzy i myli kroki przy figurach. Nie pomyliła. W dodatku, skubana, wygląda dziś jak milion dolarów, jest piękna jak królowa. Polonez poszedł świetnie, ktoś się nawet przewrócił. Ja się oczywiście wzruszyłam, prawie popłakałam i czułam jak moron w dżinsach i swetrze. Trudno, ktoś musiał wyglądać normalnie.

Ale ja nie o tym.

Rozumiem rodziców, którzy przyszli zobaczyć, jak ich dzieci tańczą poloneza na studniówce. I na tym koniec mojego rozumienia. Na tej sali bankietowej, przeznaczonej ponoć na wesela na 200 osób znalazło się pół miasta. W tym, na przykład, część mojej rodziny, 5 osób. Przyczyną była siostra dziewczyny mojego brata stryjecznego. Po chuj przyszło ich tyle – nie mam pojęcia. Ja rozumiem, że w tym akurat mieście nic się nie dzieje, ale po paru latach naprawdę można się przyzwyczaić. Efekt był taki, że tańczący drobili kroki i umierali na duchoty, wszyscy się cisnęli i próbowali wepchnąć to mnie na głośnik, to moją mamę na grono pedagogiczne, to resztę na parawany oddzielające część do tańca od części dla gości. Najbardziej urocza jednak była absolwentka tutejszego liceum, studiująca obecnie fotografię prasową. Biegała między parami i właziła wszystkim pod nogi, nawet kamerzystom. Nie wiem, jakim cudem nikt jej nie zwinął do kąta.

Okej, ja też znalazłam się tam nie do końca zasadnie, trochę dlatego, że poprosiła mnie mama, trochę dlatego, że Ola chciała, żebym przyjechała. Może i mnie nie powinno tam być. Może. Natomiast na pewno nie powinno tam być co najmniej połowy tych gapiów.

I to jest ten moment, kiedy wspominam rzewnie moją studniówkę, imprezę zamkniętą, na której obecna była rada rodziców, nauczyciele i my z osobami towarzyszącymi.

Przynajmniej było jak wyminąć się z drugą parą podczas poloneza.

Reklamy

182 tak ładnie żarło, a zdechło

mawiała moja nauczycielka chemii w gimnazjum, kiedy ktoś popełnił jakiś niewybaczalny błąd, przez co całe równanie reakcji rozpadało mu się jak przydeptana obcasem kreda.

W temacie spania. Jak byłam młoda (tak, tak, drogie dzieci, babcia Natalka była kiedyś młoda), to zarywałam sobie nocki ot tak, nie kładłam się spać wcześniej, niż o 2 w nocy i żyłam! Miałam się świetnie! Potem bywało różnie, wszak był taki rok, kiedy zaburzenia wzięły mnie szturmem i sypiałam w przedziwnych porach. Natomiast teraz… oj.

Siedzę i pluję sobie w brodę, bo jakbym od tej 2100 grzecznie usiadła przy komputerze, zamiast pić piwo i odreagowywać tydzień, i napisała to, co miałam do napisania i czego nie jest tak znowu dużo, to już o północy leżałabym w łóżku, z Litumą w Andach, z kubkiem malinowej herbaty i grzała się pod kołdrą. Tymczasem skupiać zaczęłam się po 2300, praca w nocy idzie mi jak krew z nosa, bo mam jeszcze tyle czasu, a nie idę przecież spać. Cierpię więc. Boli mnie głowa, boli mnie kark, chce mi się nic, głupi kaprys, że będę rzeczone teksty mieć z głowy, zamiast martwić się nimi jutro.

O 0645 mam autobus do domu.

Tak. Ładnie żarło i zdechło. Cały tydzień, prawie, chodziłam do łóżka bardzo grzecznie, o stałej porze, przyzwoitej. A teraz się wybiłam i wobec planu, jaki mam na najbliższy tydzień… kurewsko ciężko będzie się znów przywrócić do poziomu. Pionu. Przytomności.

Właśnie, przytomności. Pół godziny temu miałam iść pod prysznic.

181 ciągle to samo

Stan permanentnego doła trwa. Nie jest tak źle, jak było, ale nadal nie jest dobrze.

Przynajmniej coś robię. Właśnie przed chwilą wyciągnęłam się za łeb z bezproduktywnego przesiadywania na blipie, skoro godzinę temu skończyłam jedną pracę, czas zabrać się za drugą. Porozwijać się, pouczyć, coś.

Tylko tak udaje mi się nie pamiętać, jak bardzo jestem do dupy.