Miesiąc: Grudzień 2010

171 razem daje 9. 9 po chińsku to dobrze.

Zupełnie niechcący zostałam nygusem, sylwestra spędzam z rodzicami, w domu, przy dobrym jedzeniu i rozsądnej ilości alkoholu, co nijak zgrywa się z tradycją, przyzwoitością i szacunkiem zarówno dla wieku mojego, jak i ich.

Inna sprawa, że bycie w domu ma tę cudowną zaletę, że jest tu mój, mój, najmojszy pokój i mogę się zamknąć na końcu korytarza i mieć w dupie absolutnie wszystko. (No, prawie).

.
Sobie życzę mniej psychopatów, jeszcze lepszych przyjaciół i więcej pieniędzy.

A Wam szczęśliwej jedenastki!

170 ta obrzydliwa pora roku

Kiedy nawet nie chce się niczego zaczynać, bo przecież nie warto. Lepiej poczekać na magiczny styczeń.

23 grudnia zeszło się rozczarowanie z upokorzeniem.
24 grudnia zajęłam się tysiącem wigilijnych spraw, uwierzymy kolejny raz w jeszcze jedno Boże Narodzenie. Przysypiałam pod chórem, pozostawiona sama sobie przez B. zdrajcę, który zwiał do klasztoru. Były trąby i łamanie opłatkiem.
25 grudnia latałam jak głupia między kuchnią a pokojem, w którym jedliśmy obiad w 15 osób. Tata martwił się, że pęknę od ilości pieczonego, jaką w siebie wrzuciłam. Albo od ilości chrzanu, który zjadłam przy okazji.
26 grudnia poczułam wreszcie Święta. Dokładnie w chwili, w której położyłam się pod kołdrą ze świątecznymi wydaniami prasy i książką.
27 grudnia przelazłam z B. przez sady i bezdroża dokoła wsi. Rozwaliłam jedyne zimowe buty. Oczywiście nie mam pieniędzy na nowe.
Dziś się pochorowałam. Nie mam gorączki, mam za to bolące gardło i gruźliczy kaszel.

Jutro zetnę włosy.

Trzeba oszczędzać herbatę, bo nie wystarczy na tabletki.

Powiedz mi, jak wygląda Paryż.

169 cześć, Ty

do którego mówiłam słowa najgorsze, tyle, tyle razy.

Dziś się nie kłóciliśmy. Nie patrzyłam na Ciebie, po prostu opowiadałam, podejrzewam, że oczy mi gasły coraz szybciej. Nie patrzyłeś na mnie. Potem zadałeś parę pytań, powiedziałeś kilka słów, z kategorii tych, które mówią wszyscy, bo co mieliby powiedzieć, doprawdy. Nawet się nie pożegnaliśmy, po prostu poszliście sobie.

Wróciłam na górę.

Dopada mnie czasem ta myśl, że oboje jesteśmy jakoś dziwnie podobni. Że oboje straciliśmy coś, co było ważne. Że nienawidzimy się tak bardzo, jak często do siebie wracamy. Że jesteśmy sami. Mimo wszystko, jednak, wciąż, sami. Tacy sami.

Może się wiele dziać, ale cokolwiek się nie stanie, ze wszystkimi swoimi wadami, w końcu wchodzisz ze mną na półpiętro. Jesteś znany i bezpieczny. We mnie nie ma dla Ciebie nic zaskakującego. No, może czasem, jakaś riposta.

Nasza przyjaźń jest trudna i pewnie nawet nie można nazwać jej przyjaźnią. Lubię, jak trącasz mnie w łokieć, kiedy jestem smutna, i jak tego smutku nie rozumiesz.

Nigdy nie sądziłam, że to powiem.