Miesiąc: Listopad 2010

164 było sobie życie. gdzieś indziej. nie tu.

Budzę się, spoglądam na zegarek, myślę o tych zajęciach o 11.30. Nie. Zapadam znów w sen, krótki, urywany, pełen dziwnych postaci. Przed dwunastą definitywnie otwieram oczy. To znaczy, później już tylko mrugam, a nie śpię. Kasuję SMSy z zawalonej skrzynki. Myślę o zajęciach o 13.15. Nie.

Wstaję, schodzę z góry, robię jakąś kawę, włączam komputer. W Internetach nuda. J. denerwuje się, że nie napisałam do niego, a coś tam blipnęłam. Odpisuję. Myślę o kanapkach. Wraca Karolina. Oto upadł plan spędzenia dnia ze sobą, na kolejnym, konstruktywnym nic nie robieniu, gapieniu się w monitor i na dźwig. Chwilę później wchodzi Ania ze swoim chłopcem. Ja ciągle w piżamie. G. pisze, że jest taka sprawa. Idę pod prysznic. Wracam. Myślę o zajęciach o 16.45 i myślę: mail. Nie. Poprawiam, poprawiam, a potem jeszcze wprowadzam poprawki. W międzyczasie towarzystwo wychodzi. Seminarium z pisania maila. W końcu dopadają mnie wątpliwości. Walczę z nimi. Nie wiem, czy wygrywam. Wysyłam maila.

Nie pada deszcz. Nagle robi się ciemno.

Instaluję StayFocusd. Zaczynam pisać notkę o zmianach w hiszpańskiej ortografii. Kończę czytać tekst na zajęcia. Te o 18.30. Wychodzę. Jakoś zimno. Jadę autobusem, tyłem do kierunku jazdy, szybko chowam książkę. Mdłości. Bankomat chwilowo nieczynny. Na szczęście tego w Audimaxie nikt nie popsuł. Z duszą na ramieniu idę do ksero. Uff. Otwarte. Kseruję wszystko, co pamiętam, że miałam skserować. Pan Andrzej wyprasza z toalety bezdomnego. Dowiaduję się, że jutro kartkówka. Idę na zajęcia.

Empik. Wkład do długopisu, naboje do pióra, terror czasu, wszędzie pełno kalendarzy. Wychodzę. Idę na kebaba. Spotykam znajomego. Gawędzimy o niczym. Pijemy turecką herbatę. Rozchodzimy się.

Potem akademik. Butelka coli i tabliczka czekolady. Kilka stron słówek, opowiadanie, tekst do przeczytania. Nagle przychodzi Asia, już po północy. Asia leci rano do Paryża.

Ja mam problemy z wyjechaniem do Lublina.

Reklamy