Miesiąc: Październik 2010

163 L u b l i n

10 października 2010

Liście. Wszędzie liście. Piękne. Takie, że trzeba je zabrać ze sobą. Potem cisza. Zasypianie twarzą do ściany, przebudzanie się, aż w końcu poranek, słoneczny, po głębokiej nocy złych snów. Przecieranie oczu. Śniadanie w piżamie, kawa do filmu, spokojne godziny. Wolno bijące serce i brak bólu głowy, chronicznego ostatnimi czasy. Odludzia. Babie lato, owoce dzikich róż, zdjęcia pod słońce. Francuska muzyka, odkryta przypadkiem. Pomieszanie porządków. Tulenie w pociągowym korytarzu.

Jemy kolację, gra Trójka, rozmawiamy o ptakach i wierszach.

162 tak w gruncie rzeczy to nienawidzę ludzi i świata

Mam ochotę się tu wybebeszyć bez reszty. Zupa serowa nie jest najlepsza, przyjaciele, którzy obrażają się po pierwszej sytuacji, w której miód przestaje się lać litrami, też nie są najlepsi. Oczywiście, kwestie semantyczne. Nie chce mi się w nie zagłębiać, ale z grubsza wiadomo, o co kaman, jak mawia dzisiejsza, upalona młodzież. Kwestie ontologiczne zostały rozstrzygnięte bez mojego udziału, o czym dowiedziałam się z facebooka. Niektóre przeczucia się sprawdzają i to jest nadzwyczaj niepokojące. Nie ufaj komuś, kto nic nie zrobił dla innych. Ja nie zaufałam, i teraz może nawet boli trochę mniej.

Na studiach jest super łamane na cudownie, oczywiście po odrzuceniu niesmaku spowodowanego masowym występowaniem czynnika ludzkiego. Jestem stworzona do tego akurat kulturoznawstwa i w ogóle szał, nawet doktryna Monroe po hiszpańsku średnio mnie przeraża. W czwartek i piątek, i sobotę Kongres Encuentros, mam niecny plan wpaść na chwilę jakąś, chociaż na ten referat o masonerii i Kościele na Kubie.

Wieczorem, po zajęciach z myśli filozoficznej wpadłam na chwilę do BUWu, co oczywiście zakończyło się wyniesieniem niebotycznej ilości książek, i odrzucając te wybitnie branżowe, to w najbliższym czasie przeczytam: Mendozy Oliwkowy labirynt, Scholema Mistycym żydowski i jego główne kierunki, Lovejoy’a Wielki łańcuch bytu i Barańczaka Książki najgorsze. A wszystko to przyprawiać będę systematycznie Witkacego listami do żony. I muszę się spieszyć, bo konto ważne ino tylko do 2. listopada (mądre to nie było, wynieść tyle książek). Na szczęście w planach jest też podróż pociągiem do miasta Lublin, będę miała więc mnóstwo pociągowego czasu i zaoszczędzę na gazetach. U celu podróży zaś będą ruskie pierogi mocno pieprzne.

Hektolitry herbaty, pobolewające gardło i powolne wdrażanie się w program: studia, praca, komisja, czas na sen.

Przerzucanie przypisów na koniec książki jest zbrodnią wobec czytelnika.

Jak siedzę i coś robię to mniej ryczę. Zupełnie, jakby nawracająca depresja brała dupę w troki i spieprzała na drzewo. Co potwierdzałoby tezę jakiegoś księdza, że to wszystko z leżenia w łóżku, brudnych okien i niewypastowanych butów. Tak czy inaczej, J. dzwoni i mówi: dzwonię, bo może wymiękniesz, jak ja będę oglądał House’a. Ja więc, że skąd. Po czym przypomina mi się, że on miał nie oglądać House’a, tymczasem jest tak, że on jest na bieżąco, a ja, tradycyjnie, tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Nawet z serialami. Organizacja czasu wg kogoś, że nie wytknę się tym razem palcem, zdecydowanie tu kuleje.

Jutro będę nieprzytomna, a zajęcia od rana do nocy, z okienkiem wypełnionym wypełnianiem tabelek w związku z nadchodzącymi BSSowymi terminami i koniecznością dania stypendiów ambitnym naukowcom. W dodatku nie mogę w tym roku chodzić na jidysz. Się sama będę musiała nauczyć. Jako że energii dostatek, czasem, to może coś ten. Znaczy, podręcznik wydrukuję i go zakurzę.

Z tego i tamtego pisania zapomniałam o tabletce. To łyk i dobranoc. Jutro wieczorem przetestuję Wrzenie Świata według Tochmana, Goźlińskiego i Szczygła. Może wyślę komuś kartkę, na przykład Hugo-Baderowi, który jeździ gdzieś po Kołymie i nawet pisze stamtąd dziennik. Skąd on ma Internety tam na tym wschodzie, gdzie drogi na ludzkich kościach układają…? Pławię się ostatnio i bardzo cynicznie w stereotypach i dla odzyskania świeżości spojrzenia czytam Frondę.

Chociaż i tak pewnie najlepiej zadziała basen w piątek o 15.00. Na tę nienawiść utajoną, och.

161 work hard, have fun, more drama

Laudatio wróciła do pisania, znaczy: publikuje tu częściej, niż publikowała, a to drugi blog we wszechświecie, który sobie wydrukowałam na moim ledwie już wtedy zipiącym, atramentowym epsonie, w związku z czym nic, tylko się schować pod dywan, bo z czym ja tu do ludzi.

.
Pisanie bloga jako terapia zajęciowa. Moje poczucie własnej wartości, o ile jeszcze istnieje, jest raczej w formie zaniku. Marcel mi mówi, że weź się uspokój, wszystko jest dobrze, zacznij zwracać uwagę na te dobre rzeczy, bo przecież tyle Ci się udaje! Potem wchodzę do k. i widzę, że mamy to samo, że mamy tak samo, że dzieje się identycznie i boli mnie od tego serce. Bym usiadła z Tobą na balkonie, k., mogłybyśmy sobie pomilczeć w rytm opadania i podnoszenia się mgły nad Poznaniem/Łodzią/Warszawą.

.
Efekt jest taki, że siedzę w pracy, co chwila mam emocjonalną zapaść, prawie zanoszę się płaczem, momentalnie stygnę, wycieram łzy, wycieram nos, przez co jest jeszcze bardziej czerwony, po czym już-niby-żeby idę za dobrymi poradami ludzi, którym ufam na tyle, że mówię do nich o moich emocjach (2 czy 3 osoby na świecie), i od nowa. Zapętliło mi się wobec poczucia bezsilności, niemożności, obowiązku.

.
Osiem godzin temu byłam najszczęśliwsza przypadkowymi spotkaniami, piękną pogodą, zielonymi drzewami i liścmi do szurania. Dobrą kawą.

.
Nie palę piąty dzień. Zapuszczam włosy.