Miesiąc: Wrzesień 2010

160 Szanowny Panie Boże,

w związku z trwającym jesiennym przesileniem, nadchodzącym początkiem roku akademickiego, przeprowadzką, koniecznością rozliczenia poprzedniego roku akademickiego, spadającą podkolanówką, brakiem planu zajęć, chronicznym brakiem pieniędzy i równie chronicznym brakiem chęci do zajmowania się formalną stroną życia, związkowymi rozterkami, zamieszkaniem z dwiema dobrymi koleżankami (co oznacza permanentny lęk przed spieprzeniem znajomości), martwieniem się o rodziców i młodszą siostrę – proszę o wyłączenie mi mózgu. Chociaż na dzień.

W przeciwnym wypadku zwariuję.

Kłaniam się,
P.

Reklamy

159

25 września 2010

Stany depresyjne. Depresyjne, niewysłane listy, kartki, które docierają do adresatów, te wysłane jeszcze przed stanami depresyjnymi. Za dużo tego. Wróć do leków! – krzyczy rozsądek. Duma nie chce się poddać. Miotam się.

Przyszła do Warszawy piękna jesień. Słońce świeci w oczy na przejściach dla pieszych, wybiegam spod kół samochodów. Dziś zaspałam, wsiadłam w zły tramwaj, przejechałam przystanek, spóźniłam się, kiedy tak strasznie tego nie lubię.

Plan poszedł w cholerę w związku z rozpoczęciem rejestracji na zajęcia nie wiadomo kiedy. Trzeba będzie pertraktować. Nie lubię tego, bo każdą komórką ciała wzbraniam się przed proszeniem kogokolwiek o cokolwiek. Zosia samosia. Tylko trochę za mało ogarnięta.

Tak więc celebruję małe przyjemności typu kubek kawy i Dobre miejsce do umierania, myślę o niebieskich migdałach i niezliczonej ilości problemów.

I wszystko mnie boli po tym noszeniu kartonów do magazynu. Muszę ogarnąć jeszcze przewiezienie tego nie powiem czego na Żwirki.

Mam ochotę walić głową w mur. Ale to nic nie da. W gruncie rzeczy i tak jest spokojnie.

158 kolana i łokcie zdarte aż do krwi

Nierozsądnie, jednak się podniosłam, wciągnęłam na siebie sweter i uznałam, że pisanie robi dobrze na sen. Włóczę się więc po facebookach, mailach, blipach, soupach i tym podobnych przypadłościach i popijając herbatę, od której już mi niedobrze, zamęczam się na sen, zajeżdżam bolący kręgosłup, próbuję doprowadzić się do stanu, w którym będzie mi na tyle ciepło, żeby zamknąć oczy i spaść bardzo nisko. Nie wstawać bardzo długo. Przespać znów kawałek rzeczywistości, pozwolić mu przeminąć bez mojego specjalnego udziału, choćbym miała tylko obserwować. Jakby tak wstać z głową jasną i pewną, to byłoby super, no, ale, umówmy się, przy pójściu spać po północy nie jest to specjalnie możliwe.

Zimno, ciągle zimno. Powietrze stoi w miejscu, słońce wstaje coraz później.