Miesiąc: Sierpień 2010

150 Szczęśliwice-Marienszatat. bardziej Mariensztat.

Mam więc to, czego tak patologicznie potrzebuję – znikam. Zapadam się niemal pod ziemię, nigdzie mnie nie ma, a tymczasem chodzę po Powiślu, umieram ze śmiechu, obruszam się na pozornie niewinne żarty, obcieram sobie stopy butami, które według mnie są różowe, ale ja w sumie jestem facetem, jeśli chodzi o kolory, buty są ponoć jasnofioletowe. Przecinki, których pożądam i zdrobnienia, które wykorzeniam, jakaś dziwna łatwość wchodzenia w ciszę, kiedy siedzimy obok siebie, czytamy książki, ja łokciem dotykam jego ramienia i w podtekście tylko czai się to, co zatrzymuje nas na długo w pokoju, do którego wpadliśmy na chwilę, zostawić plecak. Z pomidorówki, w każdym razie, nici.

Zastawiamy na siebie pułapki. Bawimy się (ze) sobą, planujemy wrzesień, pijemy piwo i gramy w bierki. Macham mu, kiedy odjeżdża tramwajem; w drodze do pracy rozglądam się dokoła, żeby dojść do wniosku, że to ja pachnę jak on i dlatego miesza mi się trochę w głowie, choć pewnie to od wczorajszego alkoholu. W akademiku został bałagan, Ania w łóżku, Mariusz w oknie, wiatraczek i festiwalowy Przekrój, w Lublinie – ramka ze zdjęciem, która miała trafić do mnie, ale wiecznie nam coś umyka, o czymś zapominamy. Gdzieś zgubiłam paczkę djarumów, spanie przy zaciągniętych zasłonach grozi obudzeniem się o 11.20, tymbark jabłkowo-miętowy nie jest najlepszy na porannego kaca, czas umyka godzina za godziną.

Świat w oficjalnej pierwszej osobie liczby mnogiej jest dziwny. Ja wszystko kwestionuję. On wydaje się być pewny. Celujemy w kopaniu się po kostkach i całowaniu za Murem Pamięci w MPW.

Reklamy

149

Jeden za drugim, jeden za drugim. Kiedyś siedziałam na przystanku z paczką zapałek i zapalałam je jedna za drugą, ustawiając je na drasce i pstrykając z palców. Płonęły chwilę, jedna za drugą, jedna za drugą, i upadały na chodnik. Pudełko się kończyło, a ja wyciągałam z kieszeni następne i zabawa trwała w najlepsze. Wśród dobrych rozmów o złych mężczyznach. Mama krzyczała, że pewnie palę papierosy i po to mi te pudełka.

Tymczasem minęło parę lat i te dni upłynęły mi jeden za drugim, jeden za drugim, mało pisania, mało zatrzymane, tyle, co mi wyskoczy w głowie jak nagła kolorowa plansza, kiedy poczuję zapach albo zobaczę na chodniku pozornie przypadkową konfigurację ludzi spieszących.

Margot była na wsi, więc rzuciłam wszystko i pojechałam pod te gwiazdy i w te pejzaże, nudne i zupełnie wyjątkowe. Przegadałyśmy jedną noc, drugiej przyszła okrutna burza i zatrzymała mnie na kopalni, gdzie pojechałam rowerem tylko po to, żeby wypić z Kasią cichaczem jedno piwo. Piach w butach i słońce na skórze, kolorowe jarmarki odpustu. Julia rośnie, wiatraczki i trawa w lesie, pogryzły mnie czerwone mrówki, mam uda w czerwone kropki.

Moje wieczne rozwarstwienie. Powroty złe i trochę okrutne w tej swojej powtarzalności. Raj został utracony, dlatego właśnie jest rajem.