Miesiąc: Maj 2010

141 prokrastynacja stosowana, nie chce mi się pisać*

Siedzę w tramwaju, po absolutnie przeleżanym brzuchem do góry weekendzie wreszcie zanosi się na coś konstruktywnego (oczywiście na tyle, na ile konstruktywne jest odpowiadanie na pytania ludzi, którzy nie umieją czytać ze zrozumieniem), naglę patrzę, a tu mi pojazd szynowy zamiast skręcić w lewo, pruje prosto, Jerozolimskimi, na most Poniatowskiego! Myślę sobie dżizas, kurwa, ja pierdolę, że polecę cytatem, ale zaraz się uspokajam, bo oczywiście prowadzę dysputę przez telefon; Aleje szybko się kończą i ciężko zafascynowana wpatruję się w rzekę, która jest wszędzie. Mój mały móżdżek nie ogarnia, skąd tyle wody, czasem bywam dzieckiem, no, ale co tam. Może to wina wyobraźni raczej, zresztą, nieważne. Bo oto skręcam w lewo (nareszcie, nareszcie!) i… zaczyna lać. Im bliżej do przystanku przesiadkowego, tym bardziej pada grad, I bardziej, i bardziej, i bardziej. No to hop, z tramwaju pod wiatę, spod wiaty do tramwaju. Służący mi za parasol szal – przemoczony, spodnie kleją się do nóg. Siedzę więc i się śmieję, bo im bliżej przystanku, na którym trzeba wysiąść, tym jaśniej i słońce. Przechodząc przez rondo (rosyjska ruletka) dojrzałam ten tramwaj, z którego bym właśnie w tym słoneczku, suchutka, wychodziła, gdybym tylko nie trzasnęła się na samym początku i nie wsiadła w zdradliwe dwajścia pięć.

La vida es dura, powtarza mgr C. za każdym razem, kiedy każe nam robić zaawansowane ćwiczenia na znajomość gramatyki hiszpańskiej, a ja w amoku szukam w głowie odmiany czasownika ver w imperfecto de subjuntivo (nie jestem w stanie tego zapamiętać, czasownik ver zalicza się najwyraźniej to tej samej klasy, co dni tygodnia i nazwy miesięcy, i słowo tomorrow).

Dżizas, wiem!

*oczywiście nie chce mi się pisać tego, na napisanie czego miałam cały semestr, calutki. Czy ja kiedykolwiek dorosnę?