Miesiąc: Kwiecień 2010

139 Rayuela, de Julio Cortázar

Zapisana, pomazana; okładka przeorana na skos kantem chyba Teatru, czy innego zafoliowanego czasopisma. Ktoś mnie wtedy porzucił, była zima, był śnieg, pamiętam ten autobus, ja koniecznie chciałam mieć tę rozpacz dla siebie, ten ułożony chaos, pozorny porządek, zakładki i numery, w których nie ma żadnego ładu. Odróżniasz w ogóle Magę od Poli od Horacia od Tality?

Bo ja nie. Nienawidzę tej książki, bo wpędza mnie w depresję, ale też dlatego, że została spłycona przez niektórych, którzy jej w ogóle nie rozumieją, irytują mnie tym nierozumieniem, epatowaniem, całą stylizacją na yntelektualystów czytających C. A ona, ta książka, jest przecież moja, francuska, duszna, lepka, niemoralna, rewolucyjna i moja, moja, moja po hiszpańsku, po polsku, jakże genialny jest ten przekład, ciężkie powietrze portów Montevideo. Wrosła we mnie, jak Biblia. Kim trzeba być, żeby wczytywać się z równą namiętnością i jednocześnie w Stary Testament i Grę w klasy?

.
Nie dotykałam jej dawno. Dotykanie książek jest czasem jak dotykanie mężczyzn, kiedy najbardziej porusza najdelikatniejsza pieszczota, kciukiem o wierzch dłoni w zielonych korytarzach miejskich ogrodów.


(Szczęśliwa ja, która mogę wierzyć, nie widząc, która jestem w harmonii z trawieniem, z ciągłością życia. Ja, szczęśliwa, która jestem wewnątrz pokoju, która mam prawo obywatelstwa we wszystkim, czego się tknę, która współżyję – ryba płynąca z prądem, liść na drzewie, chmura na niebie, obraz w wierszu. Ryba, liść, chmura, obraz. Rozdział 3)

PS A to tango nie jest takie znowu superświetne.

137 pięć dni i cztery noce

W domu. Na wsi. W moim zmitologizowanym królestwie. Inne powietrze i wszystko jakby prawdziwsze, sen głębszy, mniej koszmarów, przyjemny dreszcz, kiedy zanurzona w pościel rozmawiam z Tobą i mogę mówić nie ściszając głosu i nie dobierając starannie słów, mogę mówić, jakbym leżała obok Ciebie pod widocznymi przez okna w dachu chmurami i ledwie dotykając Twojej dłoni opowiadała, płakała, milczała. Mogę mówić, jakbym milczała.

Jest więcej przestrzeni i mniej wolności, wypadkowa niewidzialnych niteczek tego, co wolno, a czego lepiej nie (robić, mówić, słyszeć). Mama wołająca, że to, i jeszcze to, i tamto. Zamknięty w sobie tato, któremu zaparzam herbatę. Szczotki, zmiotki, ciotki, podlotki i krojenie warzyw do sałatki. Przedświąteczne nabuzowanie emocjami, zamiatanie podłogi po raz siedemset czterdziesty piąty i nagły brak ogórków kiszonych. Sukienka, buty na obcasie, długie kolczyki i lekki makijaż. Godziny spędzone w kościele, ustawka pod prawym konfesjonałem. Niezliczona ilość myśli, to dla mnie, dla Ciebie, to dla mnie, dla Ciebie. Teksty piosenek wśpiewujące się pomiędzy zdania. Nieustannie.

Monika wyjechała, Wioleta urodziła Alicję i niedługo przeprowadzi się do nowego domu, Justyna jest w drugiej ciąży, Michał niemożebnie urósł, tak samo Kuba, a Tomek buduje się za wsią. Wszyscy tak nieznośnie żyją. (To nie jest wymierająca wieś, o jakich możecie poczytać w świątecznym dodatku Gazety Wyborczej).

W domu nie ma Anny Kareniny. Ciągle myślę, że jest, ale książka, o której myślę, to Dama kameliowa. Dziwne ścieżki pomyłek i skojarzeń. Mam ochotę na rosyjską powieść, chociaż rosyjskie powieści zabijają radość życia (to nie ja, to Bata). Mylą mi się litery na klawiaturze i myślę, że to jakaś choroba. Jak to, że nigdy nie udaje mi się wypić ciepłej herbaty. Od zimnej herbaty jest mi niedobrze. Wyłączyłam na święta akademikową lodówkę, przekonana, że żywi się ona jakimś innym prądem niż ten z gniazdka w ścianie. Lodówka nie była pusta. Coś zdecydowanie wyżera mi mózg. Po kawałku. Jednak jaka to by choroba nie była, do 28 kwietnia dożyć trzeba. Potem może być wszystko, nawet miesiąc -naliów i sesja letnia, i moje urodziny, i kolejne bezsensowne lato. Cokolwiek ten mózg mi wyżera, niech da mi dożyć 28 kwietnia.

Jutro wrócę do Warszawy, autobusem o godzinie 11.00, o 13.00 będę na miejscu, o 14.00 wizyta, o 16.00 praca, o północy sen, o 8.00 pobudka, od 10.00 praca…

Inne konstelacje. Większe niebezpieczeństwo wpadnięcia pod ciężarówkę, więcej małych celów, gorszy sen, lista to-do i zapomnij, kim jesteś, kiedy jesteś tu, tam, pokój o zielono-grejpfrutowych ścianach, balkon z widokiem na Drogę Mleczną, pocztówki, bukiety i książki, podłoga, na której uczyłaś się do matury, z której zerwałaś się, chyba tysiące lat świetlnych temu i odebrałaś telefon, żeby usłyszeć kogoś, kto był jak duch i stał się jak duch. Łóżko, z którym nie walczysz. Przestrzeń, której nie musisz sobie wydzierać, która dla ciebie po prostu jest, i jest twoja, i możesz po prostu kazać wszystkim wyjść, zgasić światło, położyć się na podłodze i ułożyć biznesplan na najbliższe dziesięć lat.

Iwanka Bezdomna, zawsze, kiedy jestem poza.