Miesiąc: Luty 2010

131 czas bez sensu

Szukam własnej przestrzeni, śpiewam piosenki w głowie, tylko do i tylko dla Ciebie, czuję się mało produktywna, mało czytam.

Wkurwiam się. Co tydzień mam nowy i lepszy plan, tylko ten na studiach trochę niewydarzony, ale paradoksalnie być może właśnie dzięki tym okienkom przetrwam. Właśnie zjadłam pół grahamki i jest mi niedobrze z przejedzenia. Potrafię zapomnieć o odpaleniu thunderbirda. Potem odpalam i okazuje się, że właściwie nie było po co.

Przynajmniej nie płaczę bez powodu i chyba poprawiają mi się (tfu tfu) włosy.

Harder, better, faster, stronger

Reklamy

130 patchwork

Walka z nałogiem kupowania gazet idzie mi całkiem nieźle. Co więcej, moje życie nie straciło na jakości, trochę więcej książek oraz żydomasońskie radio TOK zaspokajają pozostawione bez opieki potrzeby. Niestety, nie opanowałam jeszcze sztuki nie ulegania pokusie wstąpienia do chińczyka po kuciaka z waziwami, godzina 22.30, sobota, dwudziesty lutego. Jest już ciepło, prawie wiosna (wprawdzie nadal marzną mi ręce, ale nie na tyle, żeby poczucie dyskomfortu wygrało z moim lenistwem). Piękne słońce o poranku, cały ten stuff, który sprawia, że wszystko, nie wiedzieć czemu, wydaje się łatwiejsze, piękniejsze i warte zachodu. Przynajmniej większość świata zdaje się tak to odbierać. Ja powoli wpadam w czarną rozpacz, ponieważ nienawidzę wiosny. Wiosna mnie demotywuje.

Moje myśli chodzą jednak innymi ścieżkami, niż myśli prowadzących zajęcia z wiedzy o kulturze. Skądś mi się wziął ten opaczny sposób doświadczania rzeczywistości, nawet tej tekstowej. Nie chce mi się, oczywiście, grzebać w Historii Mojego Życia w poszukiwaniu Źródeł, bo i tak nic tam nie znajdę. Na razie zastanawiam się tylko, czy kontynuować wspominanie o moich intuicjach, co zazwyczaj prowadzi do sporu, czy dać się usidlić prostej logice ciągów jednoprzyczynowo-jednoskutkowych i darować sobie wyrażanie opinii poza Internetem (zupełnie, jakbym w sieci robiła to nagminnie i na wielką skalę). Tym bardziej, że Cała Ta Akcja jest dla mnie zjawiskiem kompletnie nowym, bo:
a) zawsze uważałam się za najnudniejszą i najbardziej pospolitą wśród pospolitych,
b) nagle okazuje się, że po jednej stronie barykady jestem ja, po drugiej reszta świata, po trzeciej ześwirowane laski z roku (co mnie również stawia w pozycji ześwirowanej laski z roku)
c) nie chce mi się. Wolę papier/okno edycji blogowego wpisu.

Chyba muszę poćwiczyć przed lustrem wystąpienia publiczne. Będzie to tym prostsze, że mieszkam w akademiku, więc zawsze ktoś na mnie wpadnie.

.
Achy i ochy, czyli kącik filmowy. Poszłam wczoraj na Autora widmo. Fabułka jak fabułka. Książka, na której podstawie napisano scenariusz to thriller polityczny, nic nowego. Muzyka: genialna, zdjęcia: o bogowie. Niby nic się w tym filmie nie dzieje (trochę więcej niż u Jarmuscha jednak ;), a akcja toczy się wartko i reżyser widmo świetnie wciąga widza do gry. Wreszcie wiem, kto to jest Ewan McGregor (wychodzi przy okazji, jak mało filmów widziałam) i bardzo podobała mi się Olivia Williams. I obejrzę sobie Ghostwritera raz jeszcze, bo fajnie ogląda się filmy, jak już się wie, co się stanie i można się skupić na detalach, detalikach. Jak z czytaniem wg Nabokova. (Wpadłam w otchłań Wykładów o literaturze i nie zamierzam zbyt szybko stamtąd wychodzić).

.
Coś mi się stało, porzuciłam chodzenie spać o nieprzyzwoitych do reszty porach. Starzeję się czy mądrzeję?

129 #52książki, Fight Club i podróż niewielka

52 książki, proszę kliknąć, proszę Państwa, jest ideą zacną i wartą promowania (wklejam logo i linki gdzie-się-da), a mówię tak dlatego, że podziałała na mnie wybitnie mobilizująco. Oczywiście wiem, że read more books than blogs , u mnie z tym jednak różnie. Internet jest skuteczniejszym narzędziem eskapizmu, niż książka, choć, nie przeczę, często zależy to i od Internetu, i od książki. Wróćmy jednak do rzeczy. Zasada jest prosta: w 2010 roku należy przeczytać 52 książki. Zrobiłam sobie oddzielną rubryczkę w kalendarzu. Do tej pory udało mi się rozprawić z Jedwabiem, Zmierzchem, Przeklinam rzekę czasu, Oszustwem, Fleszem. Zbiorowym aktem popświadomości i Wszystko jest iluminacją. Jestem gdzieś w połowie Krótkiego i niezwykłego żywota Oskara Wao. Wyznaczenie sobie celu zazwyczaj działa motywująco, a tu nie dość, że droga do osiągnięcia prosta (książka na tydzień to nie jest dużo), to jeszcze przyjemna. Na mnie, wiecznego marudera, ociągacza, istotę dotkniętą niemal patologicznym brakiem systematyczności, podziałało to świetnie. Jestem wprawdzie ciekawa, jak pociągnę przy normalnym trybie życia (jutro nowy semestr), ale myślę, że będzie dobrze.

Fight Club czekał na mnie na dysku dwa lata. Wreszcie, podczas domowego weekendu kliknęłam play (myślę, że walczyłam z traumą pt. Brad Pitt w Troi, bałam się zobaczyć go ponownie). Efekt naciśnięcia tego magicznego guzika był taki, że FC automatycznie wkroczył na listę moich ukochanych filmów. I nic więcej nie powiem, bo że na Helenę Bohnam Carter mogę patrzeć godzinami to chyba wszyscy wiedzą, do Brada się przekonałam, o Nortonie myślę jeszcze lepiej. U Ani na półce stoi Palahniuk i myślę, że zakradnę się po niego niebawem.

Co do podróży niewielkiej: wreszcie pojechałam do Poznania, odwiedzić niejaką Kaśkę na jej włościach sołackich, poznać Błażeja, spotkać Lemura i poczuć się, o tej czwartej w nocy, jak kiedyś, kiedy miałyśmy po naście lat, siedziałyśmy na balkonie, okoliczności były mniej sprzyjające, my byłyśmy takie same.

Skoczyłam jeszcze do Torunia, na obiecany Łucji wieczór w Niebie i knajpie o mocno mrocznym klimacie. Dziwi mnie nieustannie, że są ludzie, z którymi spotkania po długich miesiącach i latach smakują dokładnie tak, jakby tego czasu nie było.

Wczoraj wieczorem, zawędrowałam na Wiatraczną, na imprezę do Izy, z którą pracuję i, o bogowie, było doskonale. Zwykła, nieliczna domówka, na której upiłam się wódką z sokiem jabłkowym i whiskey z colą. Wróciłam grzecznie przed świtem, włączyłam nowy odcinek Mentalisty i zasnęłam, żeby wstać po południu i trochę ogarnąć przestrzeń.

Wewnętrzności wciąż nie udało mi się ogarnąć. G. mówi: wyluzuj, nie przejmuj się, po prostu idź spać, nie spinaj się już tym hiszpańskim. I może coś w tym jest.

W końcu mam jeszcze 12 godzin laby.