Miesiąc: Listopad 2009

112

Pierwszym wielkim szokiem był śledzik na nk, a właściwie to, że ludzie, których uważałam za inteligentnych okazali się wierzyć w sprawczą moc wklejania kodów, klikania w tajemnicze linki i przeklejania rzekomych komunikatów od rzekomych właścicieli portalu.

Drugim wielkim szokiem są moje koleżanki. Wielu rzeczy można nie wiedzieć. To nawet nie jest karalne. Ale jak któraś z radosnych panien z wieczorowym makijażem i ubranych nieco nieodpowiednio do sytuacji pt. wykład czy ćwiczenia, po usłyszeniu, że Katalończycy, Galisyjczycy i Baskijczycy to mniejszości narodowe, mówi: jakie znowu narodowości w Hiszpanii?! Tam są sami Hiszpanie!; następna natomiast informację, że w Europie mamy tylko jedno megamiasto, mianowicie Moskwę, komentuje uniesieniem brwi i zdziwieniem absolutnym, że Moskwa leży w Europie, to mam ochotę albo uciekać, gdzie pieprz rośnie, albo zamknąć się w sobie. Na grono, jak nie wchodziłam wcale, tak nie wchodzę jeszcze bardziej. Zraziłam się po wyczytywaniu jęków, że o jejku, tyle do czytania, chyba ze sto stron będzie, a jest tylko tydzień. Wiać więc, albo się izolować. Jest jeszcze trzecia opcja, którą wykorzystuję z radością. Jeszcze bardziej zaś się cieszę, że mam z kim ją uskuteczniać. Siadamy z A. i A. obok siebie i piszemy, piszemy, piszemy, odreagowujemy ogólne zażenowanie pewną dozą humoru i ironii, przeplecionych nutką złośliwości. Trafi swój na swego. W każdym przypadku.

A tak na marginesie, to wtorek i noc były doskonałe. Gorzej z dzisiejszym dniem. Parzę tylko co i rusz nowe herbaty. A jutro na ósmą.

Reklamy

111

O, jak zajebiście jestem zapracowana, to się w pale nie mieści.

Moim jedynym wolnym czasem jest ten, który sobie wygospodaruję prokrastynacją.

110

Wybiegłam rano z akademika, z trzema kanapkami w torbie i sercem pełnym niepokoju, że spóźnię się na zajęcia. Nienawidzę tego robić i wiem, że trudno jest wysnuć ten wniosek z moich notorycznych spóźnień w przeróżne miejsca, na przeróżne spotkania. Później wykład, później tabelki, indeksy i cherry coke. Nagle zrobiła się 17.23, za siedem minut jidysz, więc biegiem, autobusem, przez deszcz. Wyrzucili nas z Mamele, śpiewanie nam nie szło, na frazę ‚reading practice’ zareagowałyśy głuchym jękiem. To nie nasza wina, że nie mamy wina – powiedział doktor. To doskonale podsumowuje klimat tej godziny, tak zupełnie innej od wszystkiego, co robię.

.
Bogu na mnie czekał pod wielkim świetlikiem z napisem: 2012. Fajnie, że wszyscy wierzą Majom, mnie niestety to tylko przypomniało o długiej liście lektur na piątkowe zajęcia. Poszliśmy na ulubioną pizzę G., potem odebrać książki z BUWu, później przecież nie dało się nie zajść do czułego barbarzyńcy, dostawa notesów będzie dopiero w grudniu. Wyszło nowe wydanie Ćwiczeń stylistycznych Queneau. W autobusie, którym mieliśmy razem jechać tylko do Centrum Bogu uznał, że jednak zmusi mnie do zakupienia cukru i wpadnie na herbatę. Herbatę sponsorowała Anita, ale nie moja wina, że się pochwaliła czarną o smaku pinacolady, nie?

Jutro będę zapieprzać jak mały motorek. W czwartek kolokwium.

Za oknem deszcz. W skrzynce SMSy. Nienapisane maile.

Czegoś mi brakuje. Może kajaku. Bez kajaku trudno jest przepłynąć Pacyfik.