Miesiąc: Listopad 2009

115 muzyk mi trzeba, muzyk!

Więc zarzucam uzależniającego Papillona Editorsów, chwytam w prawą dłoń przekręcony kubek, dostany na 20 urodziny od kolegów z akademika, zaciskam zęby, opatulam się szczelniej kołdrą i daję sobie na wstrzymanie.
Ania powiedziała, że jest zdziwiona, że nigdy tak nie robię przecież, że olewam świat. (Ha ha, zapytaj któregoś z moich byłych przyjaciół.)
Poczułam się tym lepiej z tą dzisiejszą nieobecnością na zajęciach.

Prawdę mówiąc, mam po trosze dość moich niedoróbek w tym trybie życia i potrzebuję takiego przedpołudnia jak dziś. Żeby leżeć w łóżku przy uchylonym oknie, słuchać nie smętów, wstawać, robić rzeczy jedna po drugiej, pierdolić wszystko, co nie jest zmywaniem naczyń i układać idealny plan na ogarnięcie tego tygodnia i pięciu zaległych. Plan idealny, bo wykonalny.

Reset, reset, reset.

113 zatyczka

Z pomysłów dzisiejszych wynotowałam w pamięci niekasującej się ze zmrużeniem powiek, że chcę pisać znowu i dużo, że chcę działać, być działającą, nie zawieszać się. Nabrać płynności w czytaniu w jidysz, zapętlić czas tak, żeby mi nie upływał, kiedy nie chcę, żeby mi upływał. Schudnąć jeszcze. Rozpracować fobie i traumy na czynniki pierwsze. Dopijać herbatę zanim wystygnie i oglądać filmy na dobranoc. Zorganizować kilka rzeczy tak, żeby działały, jakoż i ja działać mam. A nie leżeć cały wieczór z laptopem na kolanach, w słodkim poczuciu, że jutro na 11.30. Jutro też jest sympozjum, natomiast w czwartek oprócz drugiego dnia sypozjum mam kolokwium i pracę, w piątek zaś jest najbardziej wykańczającym dniem, który w tym tygodniu skończy się wykańczającą imprezą. Weekend został odwołany.

Musiałam sobie zrobić to małe resumé, żeby wreszcie ruszyć swoją rozleniwioną pod prysznic i wyklikać coś más o menos konstruktywnego do tej 1.30.