48h

Sobotni wieczór, wracam w deszczu z pracy, w uszach Crush Dave’a Matthewsa, na głowie czapka, w głowie – zielono. Jak zwykle.

Następnego dnia rano niemal mnie nie zmiotło z przystanku przy Gdańskim. Nie będę już nic mówić o tym, że spóźniłam się do pracy, bo chodzenie pod wiatr bywa wyzwaniem. Dowiedziałam się, że łączą ludzi nie tylko te książki, które się  przeczytało. Czasem te, których się nie przeczytało mają znaczenie jakby większe.

Potem piłam wino i czytałam wiersze Octavio Paza oraz Rayuelę na głos. Książkę wielce zabawną. Człowiek by się nie spodziewał, jak wielce.

W końcu wylądowałam na Pradze, z Sylwią u Łukasza, na kawie, dwóch rodzajach ciasta i w dziwnym, dobrym nastroju.

Żeby finalnie zaliczyć szybki spacer marymoncką ulicą.

Lubię odkrywać, że coś, co wydawało mi się niezbędne do życia – wcale takim nie jest. Dwa miesiące nie palę, na fejsie prawie nie bywam, jeszcze pozbędę się zwyczaju zajadania się rarytaskami po nocach i zacznę chodzić na basen – i będzie klasa.

Lubię być na wznoszącej.

Szuszan Purim

Cała historia Purim jest odkrywaniem tego, co ukryte przed ludzkim wzrokiem, dopóki się nie spełni jako rezultat działania przypadku. O wszystkim – odnosimy wrażenie śledząc przebiegu zdarzeń – decyduje właśnie zbieg okoliczności. Królowa Waszti nie jest akurat w nastroju, aby pojawić się na uczcie. To z kolei powoduje gniew pijanego króla, niewspółmierny do wykroczenia. Mordechaj akurat przypadkowo znajduje się w odpowiednim czasie i miejscu, aby usłyszeć o planowanym zamachu na życie króla;  królowi z kolei przypadkowo przypomina się zasługa Mordechaja, bo akurat tej nocy cierpi na bezsenność; wreszcie Haman zostaje przypadkowo zastany przez króla w jednej komnacie z Esterą, co staje się dla niego równoznaczne z wyrokiem śmierci. Nawet dzień zagłady Żydów decyduje się poprzez przypadek: “rzucono pur, to znaczy los” (hipil pur hu hagoral). O tego słowa (purim – losy) powstała nazwa święta, co oczywiście ma znaczenie symboliczne. Światem historii purimowej rządzi więc przypadek. Tak silnie obecna w Tanach ręka Boga pozostaje ukryta, co nie oznacza – mówią mędrcy – że jest nieobecna.

- 614th Commandment Society

płynność rzeczy, płynność czasu

Przez ostatnie lata trochę się ze sobą męczyłam.

Chciałam spokoju, luzu, ciszy, czilloutu (o czym też notkę niżej), tymczasem ten obszar świata wydaje się być poza moim zasięgiem. Jestem wiecznie spóźniona, wiecznie z czymś w plecy, ciągle mam coś na głowie, panicznie boję się pustki, takiej pustki, że nie mam co robić poza spaniem, chodzeniem do pracy, jedzeniem. Czasem ta pustka jest czymś, czego pragnę najbardziej na świecie.

Ciągle odkładam wszystko na czas, aż będę miała czas. W związku z czym nie mam go jeszcze bardziej, a lista spraw stresujących i ważnych rośnie, rośnie, rośnie. Bo powinnam poświęcić temu odpowiednią ilość uwagi i skupienia, bo jak coś robić, to dobrze, jednym ciągiem i do końca, bez żadnych rozpraszaczy. Guzik prawda, nie z moim roztrzepaniem i brakiem umiejętności koncentracji na dłużej niż czterdzieści pięć minut (czy to się leczy).

Ja, moje życie, mój czas nie jesteśmy jak Wojna i pokój Tołstoja, jesteśmy jak soup.io.

Jarema mi to uświadomił. I Łukasz. Jeden dając mi radę: weź się dziewczyno za to z zaskoczenia, mimochodem, przypadkiem, gry wpadłam w depresję, bo chodziło o opanowanie w dwa wieczory materiału na 1500 stron; drugi opowiadając o małych kroczkach na spontanicznej kawie w zeszłym tygodniu, na którą mnie zabrał zdołowaną własną nieudolnością w niektórych sprawach. Jak nie wyjdzie mały kroczek, nie ma tragedii. Ale jak się nie uda wielki zryw to troszkę katastrofa, nie?

Pewnie chodzi o to, żeby po prostu żyć w zgodzie ze sobą na najbardziej molekularnym z poziomów. Bądź dla siebie dobra, rób to, co dla Ciebie dobre. Banały. Kocham banały. Banały są treścią życia.

come on

Potrzebuję rewolucji, marymonckiej wiosny, więcej spacerów po nocnym Żoliborzu (i myślę, że koniecznie z Tobą), biało-niebieskich butów, zajętej głowy, rąk, pachnących czosnkiem albo wanilią.

I czytać wiersze na ławkach pod owocowymi drzewami, rozróżniać dni po intensywności barwy nieba, zakładać coraz to inne letnie sukienki.

Wiedzieć już wszystko, powiedzieć wszystko, skupić się na byciu.

Dość już mam pustych dni i świąt, których nie było. 

pools of sorrow, waves of joy

Zaglądam sobie na bloga i sprawdzam, czy nikt nic nie napisał. No, ale nie.

Mógłby ktoś wejść i napisać: droga Quijote, ogarnij swe życie, nadeszła wiosna, wraz z nią dłuższe dni, więcej godzin na to, żeby było szaro, więcej przygnębiającego światła, rzadkie momenty prawdziwego słońca, jest lepiej, zobacz, nie musisz nosić ciągle kapelusza, możesz moknąć w tej mżawce.

Mógłby powiedzieć: ogarnij się, jest dokoła Ciebie tylu ludzi, mogłabyś jednak pomyśleć o nich troszkę i przestać być dla nich zgryzotą. Kochają Cię, ale nie sądzę, żeby cierpliwości miało im wystarczyć na długo.

Mógłby dodać, stanowczo: nie wpadaj więcej na pomysły, żeby płakać w autobusie linii 116, jak jakaś idiotka, łzy jak grochy ocierać z policzków. Ani nie patrz sobie w oczy w metrze, to jest creepy, creepy, do niczego nie prowadzi. Nawet, jeśli do czegoś, to nie jest to nic dobrego. 

 

Nikt jednak – co za odkrycie – za mnie tego nie zrobił ani nie zrobi.

Pozostaję więc sobie sama – na złość i na radość, i na miłość, i na wszystko.

Trochę zmęczona.

Bo to jest jednak zbyt wiele już, jak na jedną mnie.

wstyd

Emocjami:

ostatnio tak, jak Wstyd wchłonęły mnie chyba Godziny.  Odpłynęłam zupełnie, wyjęłam siebie ze swojego życia, odkleiłam się. Kto wie, czym dla mnie są Godziny, ten wie, o co mi chodzi ze Wstydem.

Ten film robią kolory, kadry i muzyka i dialogi, czy też raczej ich oszczędność.

Oglądać go będę długo i wielokrotnie, mam wrażenie, mam nadzieję, wiem o tym.

 

 

/a do kina chodzi się najlepiej w niedzielne poranki, mówię Wam.

niemiłość

Zamiast miłości: sobotni poranek. Wstać o dziewiątej, szczęśliwa, do czasu. Włożyć jakieś spodnie i pójść po kawę. Umówić się na poranny seans. Naleśniki, czy jajecznica, pomyśleć, żeby jednak ugotować jajka na miękko. Zjeść śniadanie z W., wypić herbatę, wieszając pranie. Wyjść z domu po jabłka, mleko i chleb. Wrócić. Przesiać mąkę, obrać jabłka, oddzielić żółtka od białek, zmiksować.

 

Przeczesać włosy palcami, popatrzeć w lustro. Pić kolejną kawę, w ulubionej filiżance.

 

Zapatrywać się w szaro-niebieskie widoki. Dłonie waniliowe i cynamonowe. Marznięcie bez powodu.

 

Bać się wiatru i myśleć, że skoro sobota i pachnie ciastem, to już jak dom, tylko że pusty.

 

jest jak jest, nie jak powinno być

Lubię wstawać, kiedy mój gmail z morzem jest jeszcze różowo-brzoskwiniowy, co w jego cyfrowym świecie oznacza świt. Te dłuuuugie poranki, to rozpędzanie się w dzień są ważne. Mam czas na pokonanie wszystkich lęków, które niepomne doświadczeń, mają tendencję do nawracania. Niepomne doświadczeń, bo przecież zawsze je przeganiam, uparte. No, prawie zawsze.

Robię kawę z cynamonem, tosty z serem, włączam Lush.

Czy jestem ryzykantką? Nie wiem, mówię. A potem sobie przypominam, że jestem. Jeśli coś może dać mi szczęście, jestem w stanie rzucić się na najgłębszą z wód. Inna sprawa, że ten, dla kogo to robię rzadko o tym wie – ze względu na skrytość mojego serca, wieczne obchodzenie wszystkiego dokoła i/lub/oraz unikanie konkretu. (Żeby mnie tylko nikt nie skrzywdził). Jestem więc tchórzliwą ryzykantką.

Ktoś wspominał, że jestem też chodzącą sprzecznością. 

Myślę też o tych stałych, które są stałe i zmiennych, które się zmieniają. O wyjątkach w oesach. O tym, że to wszystko ma znaczenie.

.
W te poranki za oknem śpiewają mi ptaki. Grażyna wczoraj przesadzała cały gaj kwiatów z różowych doniczek w różowe doniczki. Chyba idzie wiosna. Zamierzam zagrzebać się po uszy w kołdrę albo rzucić w pracoholizm i zupełnie tego nie zauważyć. Inaczej zginę-przepadnę. Nie chcę ginąć ani przepadać. Mogę przecież być Ci przecież potrzebna.

 

And the way that I feel about you 
Is beyond words

więc nie powiem już nic więcej.

 

Przynajmniej na razie.

reggae reggae reggae love

W życiu każdej szesnastolatki, świeżo upieczonej licealistki, zbuntowanej młodej panny, musi nadejść czas na zakochanie się w Gutku, facecie o kiepskiej ksywce, z zakolami, źle ubranym, co kompletnie nic nie znaczy, za to śpiewającym o prostych, ważnych rzeczach głosem, który mi robi, robi, robi spokój w duszy.

Jestem tą nastolatką.

tylko teraz i tu

nie we wspomnieniach i nie w marzeniach, żyć możesz tylko teraz i tu.

Wracałam z Arkadii, gdzie nie kupiłam tak potrzebnych mi butów, przez ten śnieg, i dotarło do mnie, jak bardzo jest (mi) źle. Chyba taka karma, że luty musi być do niczego. Nie kupiłam butów, nie wzięłam kasy z bankomatu, nie kupiłam mleka ani kawy, kompletnie nie pomyślałam. Nie pomyślałam też, włażąc niemal pod tramwaj. W porę się ocknęłam, więc nie zdążył mnie przejechać. Wszystko to zupełnie do mnie nie pasuje. Znam te stany, nienawidzę ich, boję się ich, nie chcę, żeby wracały. Robi się groźnie, bo one chyba uważają, że mogą się tu panoszyć.

Uda mi się doprowadzić do końca to, co zaczęłam, albo znienawidzę siebie do reszty. Nie będzie miejsca na uniewinnianie.

W każdym razie: patrzę na siebie i nie dowierzam.

Teraz tylko wsparcia. Potrzebuję tylko wsparcia.