Sobotni wieczór, wracam w deszczu z pracy, w uszach Crush Dave’a Matthewsa, na głowie czapka, w głowie – zielono. Jak zwykle.
Następnego dnia rano niemal mnie nie zmiotło z przystanku przy Gdańskim. Nie będę już nic mówić o tym, że spóźniłam się do pracy, bo chodzenie pod wiatr bywa wyzwaniem. Dowiedziałam się, że łączą ludzi nie tylko te książki, które się przeczytało. Czasem te, których się nie przeczytało mają znaczenie jakby większe.
Potem piłam wino i czytałam wiersze Octavio Paza oraz Rayuelę na głos. Książkę wielce zabawną. Człowiek by się nie spodziewał, jak wielce.
W końcu wylądowałam na Pradze, z Sylwią u Łukasza, na kawie, dwóch rodzajach ciasta i w dziwnym, dobrym nastroju.
Żeby finalnie zaliczyć szybki spacer marymoncką ulicą.
Lubię odkrywać, że coś, co wydawało mi się niezbędne do życia – wcale takim nie jest. Dwa miesiące nie palę, na fejsie prawie nie bywam, jeszcze pozbędę się zwyczaju zajadania się rarytaskami po nocach i zacznę chodzić na basen – i będzie klasa.
Lubię być na wznoszącej.

