Mam zastawiony śniadaniem stół, w łóżku podczytuję Tygodnik, wypiłam już kawę i zastanawiam się, czy mam jeszcze ochotę na twarożek, gra jakaś muzyka, która trochę łaskocze mnie pod kolanem.
Pobudka o szóstej rano, dziś znów będzie upał.
Mam zastawiony śniadaniem stół, w łóżku podczytuję Tygodnik, wypiłam już kawę i zastanawiam się, czy mam jeszcze ochotę na twarożek, gra jakaś muzyka, która trochę łaskocze mnie pod kolanem.
Pobudka o szóstej rano, dziś znów będzie upał.
Sometimes you meet someone so beautiful — and then you actually talk with them, and five minutes later they’re as dull as a brick. But then there’s other people, and you meet them and you think: “Not bad, they’re okay,” and then you get to know them, and their face sort of becomes them, like their personality’s written all over it; and they just — and they turn into something so beautiful.
- Amy Pond, The Girl Who Waited, Doctor Who s06e10
Waham się tylko chwilę, chwilę się opieram, walczę ze sobą, ale w końcu się poddaję i zanosząc się płaczem, z bosymi stopami w trawie, daję się zagarnąć w ramiona, jestem słaba, smutna, zła i nie mam siły, i jest mi wstyd.
Potem szybko mężnieję, mówię kilka gorzkich słów, ale zasadniczo się nie poddaję. Chyba.
Andrzej Grabowski w takim mądrym całkiem, życiowym wywiadzie w sobotnim szmatławcu, jak zwykłam nazywać ostatnimi czasy Gazetę Wyborczą powiedział, że najważniejsze w życiu to wierzyć w siebie. Że jak się w siebie nie wierzy, to trzeba dać doktorowi 200 zł i powiedzieć: proszę mi przywrócić wiarę w siebie. Ja nie wiem, czy takie doktory istnieją, wiem, że tej wiary mi zasadniczo brakuje niezwykle, co mnie wkurza, czego nie rozumiem, z czym bujam się już 24 lata, więc w sumie może można byłoby się ogarnąć, prawda. Ja wiem, że truizm, że Paulo Coehlo, że może jednak byłoby Cię, Quijote, stać na nieco głębsze refleksje, ale co ja poradzę na to, że zasadniczo moje wieczne kłopoty sprowadzają się właśnie do tego. No co.
Jednakże abstrahując.
Marymont pachnie jak marzenia, Żoliborz w prawie majowym zmierzchu jest zachwycający, dziś dałam się uwieść i kupiłam trzy książki, miałam dzień, w którym namieszało mi się łez i uśmiechów, smutków i irytacji, i złości ze spokojem.
Zasadniczo więc: czuję, że żyję.
Aż boli.
Celebrować więc to będę dziś piwem i Sherlockiem. Michą popcornu. Notką-chaosem na zaniedbanym blogu. Zimnym prysznicem w werbenowo-bergamotkowym zapachu. Ściąganiem ubrań i spaniem bez kołdry. Odrobiną wyrozumiałości wobec siebie samej, głębokim oddechem.
Odpada dylemat: kawa – herbata?
Przyszłam się najeść.
Ponieważ nigdy nie wiadomo,
czy oczy również jutro z rana
otworzą się, czy bielą stromą
rozwidni się jak co dzień ściana
na wprost; ponieważ wysypana
żwirem alejka szepcze z chrzęstem
czyjś późny powrót i swój banał
dźwięczny gdzieś świerszcz; ponieważ jestem- jak na sennego – dość świadomy
własnego niezasługiwania
na miejsce w punkcie, gdzie atomy
się zbiegły, i w niezbieżnych planach
planet; ponieważ prócz tykania
sekund przez fosforyczną przestrzeń
tarczy budzika nic nie wzbrania
wdzięcznym być w śnie; ponieważ jestem- jak na blask gwiazd – dość niewidomy,
aby mi z łaski była dana
zdolność sięgania po kryjomu,
na oślep, w zaczajony na nas
mrok, umiejętność popełniania
wykroczeń poza siebie, przestępstw
przez kordon czaszki, zbrodni trwania
większych niż śmierć; ponieważ jestem- jak na śmierć – dość żywego zdania
o krwi, tętniącej w skroń rejestrem
łask, nie myśl, że nie jestem w stanie
wierzyć, żeś jest. W to nie wierz: jestem.
Pomarańcze, które jednak lądują w torbie po słownych przepychankach, potem rozrywam je palcami, po palcach ścieka mi sok. Noce podróże przez śpiące miasto, krokiem wątpliwym, żeby budzić się śmiertelnie zmęczoną, z głową ciężką i mocnym postanowieniem rzucenia wszystkich używek, dania sobie spokoju z wszelkimi głupimi pomysłami, ze wszystkim, co nie jest pracą, nauką, robieniem kariery.
.
Niech tylko woda spływa mi po plecach, niech spływa z jego ręki.
nowe miasta, perony, odjazdy, bilety i wiersze
źdźbła traw, listki, stare jabłonie, wymarłe stacyjki
sploty korzeni, nazwisk, narodów
smaki, zapachysmaki zapachów
zapachy smaków
rytmy widoków- Artur Nowaczewski
Piętnasty raz.
(fragment Rytmów widoków z płyty kutabuk Artura Nowaczewskiego, Jakuba Nogi i Jacka Stromskiego)
Odpada dylemat: kawa – herbata?
Przyszedłem się kochać.
Gdzieś posiałam błękitną teczkę. Po uważnym prześledzeniu moich dzisiejszych wędrówek po Warszawie doszłam do wniosku, że została w gabinecie, bo czemu miałabym o niej pamiętać, skoro już, teraz, zaraz, za 3 minuty powinnam być na rogu KP/Traugutta, żeby jednak pójść.
Nie na kawę, na spacer.
Mało jest dobrze nasłonecznionych ławek w Ogrodzie Saskim, a właśnie taka była potrzebna na pierwszy dzień być może wiosny, na odczynianie złych uroków, na przecież poważne rozmowy. Łodygi mają już pączki. Trochę ciepła, trochę deszczu i wybuchnie.
A jak wybuchnie, to ja się nie pozbieram. Powietrze już jest takie, że zamiast wsiadać w metro pojechałam przystanek dalej autobusem i zrobiłam sobie półgodzinny spacer:
Sezon przemarszów uważam więc za rozpoczęty. Sezon odklejania się od rzeczywistości za pomocą długich, niespiesznych rozmów i mnóstwa śmiechu – też. Niech nawet wszechświat się na mnie mści za to dobro, kij mu w oko. Powalczymy – przekonamy się, kto tu będzie górą.
W końcu z kim jak z kim, ale z Quijote jako patronem nie mogę odpuścić, prawda?
I make mistakes, I am out of control and at times hard to handle. But if you can’t handle me at my worst, then you sure as hell don’t deserve me at my best.
- Marylin Monroe