Lubię muzyki, które mnie kołyszą. Lubię zaglądać do piekarnika, w którym coś się dopieka i z którego coś pachnie. To, że zawsze wyjmuję z niego patelnie, jak już się nagrzeją. (Kiedyś je spalę). Kawę pitą w domu, w popołudniowym zmierzchu, lubię patrzeć, jak się ściemnia, jak gaśnie słońce, jak zapalają się okna. Huśtać się na krześle. Potykać w kuchni, lubię nawet tego siniaka na nodze, który powstał w wyniku bliskiego spotkania z otwartą szafką. Być sama w domu, czasem, nie za często. Poprawiać teksty G., gadać z J. o muzyce, na której się nie znam, o mapach. Ślizgać się po parkiecie i światło solnej lampy. Wkręcać korek, bo wyskoczył z nadmiaru wrażeń, na które złożył się piekarnik i czajnik. Bawić się łańcuszkiem i pierścionkiem. Marznąć trochę, tak, żeby bluza załatwiała sprawę. Wyłączać zakładkę z facebookiem. Siebie w czerwonym kapeluszu, zielonym szaliku i rudej kurtce. Nie spać o trzeciej nad ranem.
Dać się zwariować.