Lubię wstawać, kiedy mój gmail z morzem jest jeszcze różowo-brzoskwiniowy, co w jego cyfrowym świecie oznacza świt. Te dłuuuugie poranki, to rozpędzanie się w dzień są ważne. Mam czas na pokonanie wszystkich lęków, które niepomne doświadczeń, mają tendencję do nawracania. Niepomne doświadczeń, bo przecież zawsze je przeganiam, uparte. No, prawie zawsze.
Robię kawę z cynamonem, tosty z serem, włączam Lush.
Czy jestem ryzykantką? Nie wiem, mówię. A potem sobie przypominam, że jestem. Jeśli coś może dać mi szczęście, jestem w stanie rzucić się na najgłębszą z wód. Inna sprawa, że ten, dla kogo to robię rzadko o tym wie – ze względu na skrytość mojego serca, wieczne obchodzenie wszystkiego dokoła i/lub/oraz unikanie konkretu. (Żeby mnie tylko nikt nie skrzywdził). Jestem więc tchórzliwą ryzykantką.
Ktoś wspominał, że jestem też chodzącą sprzecznością.
Myślę też o tych stałych, które są stałe i zmiennych, które się zmieniają. O wyjątkach w oesach. O tym, że to wszystko ma znaczenie.
.
W te poranki za oknem śpiewają mi ptaki. Grażyna wczoraj przesadzała cały gaj kwiatów z różowych doniczek w różowe doniczki. Chyba idzie wiosna. Zamierzam zagrzebać się po uszy w kołdrę albo rzucić w pracoholizm i zupełnie tego nie zauważyć. Inaczej zginę-przepadnę. Nie chcę ginąć ani przepadać. Mogę przecież być Ci przecież potrzebna.
And the way that I feel about you
Is beyond words
więc nie powiem już nic więcej.
Przynajmniej na razie.