jest jak jest, nie jak powinno być

Lubię wstawać, kiedy mój gmail z morzem jest jeszcze różowo-brzoskwiniowy, co w jego cyfrowym świecie oznacza świt. Te dłuuuugie poranki, to rozpędzanie się w dzień są ważne. Mam czas na pokonanie wszystkich lęków, które niepomne doświadczeń, mają tendencję do nawracania. Niepomne doświadczeń, bo przecież zawsze je przeganiam, uparte. No, prawie zawsze.

Robię kawę z cynamonem, tosty z serem, włączam Lush.

Czy jestem ryzykantką? Nie wiem, mówię. A potem sobie przypominam, że jestem. Jeśli coś może dać mi szczęście, jestem w stanie rzucić się na najgłębszą z wód. Inna sprawa, że ten, dla kogo to robię rzadko o tym wie – ze względu na skrytość mojego serca, wieczne obchodzenie wszystkiego dokoła i/lub/oraz unikanie konkretu. (Żeby mnie tylko nikt nie skrzywdził). Jestem więc tchórzliwą ryzykantką.

Ktoś wspominał, że jestem też chodzącą sprzecznością. 

Myślę też o tych stałych, które są stałe i zmiennych, które się zmieniają. O wyjątkach w oesach. O tym, że to wszystko ma znaczenie.

.
W te poranki za oknem śpiewają mi ptaki. Grażyna wczoraj przesadzała cały gaj kwiatów z różowych doniczek w różowe doniczki. Chyba idzie wiosna. Zamierzam zagrzebać się po uszy w kołdrę albo rzucić w pracoholizm i zupełnie tego nie zauważyć. Inaczej zginę-przepadnę. Nie chcę ginąć ani przepadać. Mogę przecież być Ci przecież potrzebna.

 

And the way that I feel about you 
Is beyond words

więc nie powiem już nic więcej.

 

Przynajmniej na razie.

reggae reggae reggae love

W życiu każdej szesnastolatki, świeżo upieczonej licealistki, zbuntowanej młodej panny, musi nadejść czas na zakochanie się w Gutku, facecie o kiepskiej ksywce, z zakolami, źle ubranym, co kompletnie nic nie znaczy, za to śpiewającym o prostych, ważnych rzeczach głosem, który mi robi, robi, robi spokój w duszy.

Jestem tą nastolatką.

Otagowane , ,

tylko teraz i tu

nie we wspomnieniach i nie w marzeniach, żyć możesz tylko teraz i tu.

Wracałam z Arkadii, gdzie nie kupiłam tak potrzebnych mi butów, przez ten śnieg, i dotarło do mnie, jak bardzo jest (mi) źle. Chyba taka karma, że luty musi być do niczego. Nie kupiłam butów, nie wzięłam kasy z bankomatu, nie kupiłam mleka ani kawy, kompletnie nie pomyślałam. Nie pomyślałam też, włażąc niemal pod tramwaj. W porę się ocknęłam, więc nie zdążył mnie przejechać. Wszystko to zupełnie do mnie nie pasuje. Znam te stany, nienawidzę ich, boję się ich, nie chcę, żeby wracały. Robi się groźnie, bo one chyba uważają, że mogą się tu panoszyć.

Uda mi się doprowadzić do końca to, co zaczęłam, albo znienawidzę siebie do reszty. Nie będzie miejsca na uniewinnianie.

W każdym razie: patrzę na siebie i nie dowierzam.

Teraz tylko wsparcia. Potrzebuję tylko wsparcia.

St. Ballantine’s Day

Co jest w życiu ważne: jedzenie, literatura, miłość i muzyka. Niekoniecznie w tej kolejności.

[update 13:58]
A z okazji Walentynek można sobie o tym przypomnieć, zrobić sobie jakieś pyszności (kurczaka w cynamonie), włączyć na przykład Alice Russell na groovesharku, wstawić pranie i oddać się lekturze, mając gdzieś wszystkie serduszka, kartki i posty znajomych, wyznających sobie miłość na fb.

Pomyśleć chwilę i dojść do wniosku, że ja po prostu kocham się. ;)

Tymczasem zajmę się pracą.

o nieskomplikowaniu

Lubię muzyki, które mnie kołyszą. Lubię zaglądać do piekarnika, w którym coś się dopieka i z którego coś pachnie. To, że zawsze wyjmuję z niego patelnie, jak już się nagrzeją. (Kiedyś je spalę). Kawę pitą w domu, w popołudniowym zmierzchu, lubię patrzeć, jak się ściemnia, jak gaśnie słońce, jak zapalają się okna. Huśtać się na krześle. Potykać w kuchni, lubię nawet tego siniaka na nodze, który powstał w wyniku bliskiego spotkania z otwartą szafką. Być sama w domu, czasem, nie za często. Poprawiać teksty G., gadać z J. o muzyce, na której się nie znam, o mapach. Ślizgać się po parkiecie i światło solnej lampy. Wkręcać korek, bo wyskoczył z nadmiaru wrażeń, na które złożył się piekarnik i czajnik. Bawić się łańcuszkiem i pierścionkiem. Marznąć trochę, tak, żeby bluza załatwiała sprawę. Wyłączać zakładkę z facebookiem. Siebie w czerwonym kapeluszu, zielonym szaliku i rudej kurtce. Nie spać o trzeciej nad ranem.

 

 

Dać się zwariować.

liczby pierwsze

O trzeciej nad ranem mówisz mi dobranoc, ja przecinam na trzy ostatni pasek kwitka z biblioteki i wrzucam to konfetti do kubka, w którym było kakao z cynamonem, gorące było trzy godziny temu.

 

Mam wspaniały materiał do rozmyślań. Będą mi się śniły predatory, kanapki z serem, studio koncertowe im. A. Osieckiej i szkocka, i to, jak bardzo jestem zdumiona. O.

twoja twarz

Nie przestawała mnie pociągać tajemnica twarzy. Skoro człowiek jest tylko materią, mówiłem sobie, to skąd bierze się tajemniczość twarzy ludzkiej, dlaczego uśmiech, spojrzenie mogą tak silnie nas poruszyć. Czułem, że we wszystkich twarzach istnieje tajemnicza przestrzeń, w której się spotykamy, miejsce, w którym świeci światło nadające człowiekowi wymiar transcendentny. Samą tylko twarz ludzką uznałem za negację nicości.

- Pamiętniki nadziei, Olivier Clement

przemoc

Brakuje mi ostatnio do siebie słów.

Jestem gdzieś pomiędzy Video Games Lany Del Rey, jej Born to Die a tzkliwym i Polepionym Fisza.

Łykam witaminowe tabletki, zajadam się zdrowym jedzeniem, piję tylko z M., chodzę do pracy, pożary gaszę w zarodku, nie robię nierozsądnych rzeczy, noszę rajtuzy pod spodniami, wstaję przed trzynastą, kawę piję słabą i z mlekiem, rzuciłam papierosy.

A jednocześnie zawalam taką ilość spraw i rzeczy, że się w pale nie mieści. Na razie winię za to sesję i PMS, ale tak nie będzie mogło być zawsze. Muszę się ogarnąć, przemóc, przemocą wprowadzić porządek. Bo ten akurat brak realnie czyni mnie nieszczęśliwą, kiedy czuję, że jakaś część życia mi się sypie.

Cicho liczę na terapeutyczną funkcję pobytu w domu, całe dwa dni na wsi, spacerach na mrozie, w kuchni, w której zawsze pełno ludzi, z Gabą na ręku i siostrą-realistką pod bokiem.

Nie będzie puenty, muszę już wychodzić.

Tęsknijcie za mną, niech Wam mnie brakuje!

klucze

Natalia…

pamiętasz, dlaczego, (mów do mnie, mów), czternaście jest nieskończoność, trzy minuty do czwartej nad ranem, nie pytasz, nie jestem gotowa, nie wiem, co powiedzieć, czy teraz mam nadzieję – jaką – zieloną, pieśni rozpaczy, programowanie niskopoziomowe, zima, boję się, ale pewnie i tak niczego nie ukryję, musisz wiedzieć, kim jestem, (najważniejsze już wiesz, a nawet, jeśli nie wiesz, że wiesz, to pewnie kiedyś stanie się to jasne, nawet, jeśli mnie już nie będzie),

głosy spokoju, głosy spokojne, bezwiednie mój głos przechodzi w szept. Jestem cała zanurzona w tych ciszach.

Nie jest mi wszystko jedno, znajdę słowa, by powiedzieć Ci o tym – jasno i klarownie.

 

 

Na razie słucham pięknych, smutnych kobiet i zastanawiam się, jakąż to piosenkę, do jasnej cholery, nagrałeś dzisiaj.

nienawidzę poranków

a jednak od pewnego czasu wstaję o ósmej. Dziwne jest to o tyle, że jestem nocnym markiem i zaprzestanie chodzenia spać o godzinie trzeciej w nocy było nie lada wyzwaniem, któremu, zmotywowana pewnym niepokojącym poniedziałkiem, postanowiłam podołać. W ogóle same wyzwania i zmiany podpowierzchniowe w moim życiu się dzieją przez ten styczeń.

Budzę się więc w środku nocy (zmiana nawyków zmianą nawyków, nie muszę przy okazji zmieniać poglądów), na autopilocie zmierzam do kuchni po kawę, taką z cynamonem i mlekiem, szukam czegoś na śniadanie, a że rzadko znajdują się tam (w lodówce) rzeczy godne uwagi, typu ciasto marchewkowe (umrę na cukrzycę, wiem), to najczęściej wracam z samą kawą, rolę śniadania przypisując mleku, włączam fajne muzyki, jak na przykład ta:
i staram się nie myśleć zbyt wiele o tych dziwnych snach, które czynią moje noce emocjonującymi.

Tylko patrzę za okno, gdzie bloki i niebo.

Otagowane , ,